Bój się Boga, dziewucho!

Autor: Emilia, mama Laury Data: Styczeń 16, 2015 Kategoria: Historia Laury | komentarze 244

Dla wielu ludzi religia jest najprostszym moralnym drogowskazem oraz sposobem na wytłumaczenie sobie spraw w gruncie rzeczy niewytłumaczalnych. A przynajmniej niepojętych przez nasze jakże ograniczone umysły. Dla innych zaś religia po prostu nie istnieje, gdyż wierzą oni wyłącznie w naukę, a swoją moralność budują na uniwersalnych wartościach oraz na umiejętności intuicyjnego odróżniania dobra od zła. Ale religia równie dobrze może stać się dla człowieka straszliwą pułapką – wybuchową mieszanką guseł, powtarzanych od pokoleń kłamstw, stereotypów, fanatyzmu i wzbudzania w człowieku nieuzasadnionego poczucia winy, robiąc z jego umysłu obrzydliwą breję. Wręcz stworzoną do tego, by bezkarnie nią manipulować…

Mam obecnie czteroipółletnią córkę oraz ogromny duchowy dylemat, w jaki sposób ją wychować. Pragnę rzecz jasna, aby wyrosła na dobrego człowieka, takiego, który nie będzie krzywdzić ani innych, ani siebie. Ale jednocześnie na człowieka silnego psychicznie, przekonanego o własnej wartości i samodzielnie myślącego, któremu żadna ideologia nie zrobi przysłowiowej wody z mózgu. Dlatego nie wiem, czyje prawdy przyjąć, jakie uznać za najbardziej wiarygodne czy też uniwersalne. Nie mam pojęcia, co mówić jej o Bogu i o religii katolickiej, która wywiera presję na nasze życie z każdej możliwej strony – otoczenie, tradycja, rodzina, szkoła, a nawet przedszkole. Nie wiem, bo sama nie wierzę w większość rzeczy, o których mnie w dzieciństwie zapewniano i wciąż zadaję sobie egzystencjalne pytania, na które i tak nie mam szans znaleźć odpowiedzi… Laura również pyta – wyjątkowo często właśnie o Boga, który poprzez swą abstrakcyjność niebezpiecznie ją fascynuje i drastycznie pobudza jej bujną wyobraźnię.

Każdy z nas postrzega sens lub bezsens istnienia religii nieco inaczej, ale wszystkich nas łączy jedno – stosunek do religii w dużym stopniu zależy od tego, jak się nam ją przedstawiło w dzieciństwie… Czy tego chcemy, czy nie, już od najmłodszych lat kształtowani jesteśmy na określoną modłę oraz na konkretny sposób myślenia – każdego tak wychowano i każdy z nas stosuje ten sam mechanizm wobec własnych dzieci, być może dlatego, że inaczej po prostu się nie da. Nie sposób przecież wywieźć dziecko na bezludną wyspę i oczekiwać, że do wszystkiego w życiu dojdzie samo. Rozwój człowieka polega między innymi na czerpaniu wzorców ze środowiska, w którym żyje. A co, jeśli te wzorce są do bólu złe?

Gdy miałam jakieś siedem lat, wracałam ulicą ze szkoły ze swoją koleżanką. W tamtych czasach i w tamtej wsi rodzice nie odbierali dzieci ze szkoły – każde wracało samo i musiało przy tym pamiętać, aby nie dać się stratować koniom, traktorom, rowerom oraz od czasu do czasu przejeżdżającym samochodom. Wracałyśmy tak sobie i rozmawiałyśmy, a ja w pewnym momencie użyłam zwrotu „kurde felek”. Moja rówieśniczka, wychowywana w rodzinie katolickich fundamentalistów (żeby nie powiedzieć popapranych fanatyków), stanęła na poboczu jak rażona piorunem, spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i odrzekła, „że jak nie przeproszę za to Boga, to pójdę do piekła”. Przerażona, jąkając się zaczęłam jej tłumaczyć, że przecież „kurde felek” to nie jest przekleństwo. Ale ona z niezwykłą pewnością siebie wyjaśniła mi, że jednak jest i że za coś takiego jej babcia na pewno wymyśliłaby mi ciężką pokutę.

Do domu wróciłam przerażona i choć tak naprawdę nie do końca czułam się winna, to na wszelki wypadek przeprosiłam Boga i to chyba ze trzydzieści razy. Na niewiele się to jednak zdało, bo gdy wieczorem położyłam się spać, a mama zgasiła światło w moim pokoju, to z każdego jego kąta wypełzły straszliwe upiory. Wydawało mi się wówczas, że sam szatan wyciąga po mnie łapy i że zaraz mnie zaciągnie w jakąś piekielną otchłań. Instynkt samozachowawczy nakazał mi w tym momencie schować się pod kołdrą, aby nie widzieć przerażających cieni odbijających się na ścianach. W końcu, po długich męczarniach zasnęłam cała zlana potem – nie wiem, czy to ze strachu czy po prostu z braku powietrza pod puchową kołdrą. Od tego momentu musiało upłynąć naprawdę wiele wody, zanim zrozumiałam absurdalność całej tej sytuacji i zdałam sobie sprawę z własnej oraz mojej koleżanki dziecięcej naiwności.

W dzieciństwie bałam się wielu rzeczy, także piekła, którym notorycznie na lekcjach religii oraz w lokalnym Kościele straszono. Bałam się za każdym razem, gdy pewna starsza matrona za najmniejsze przewinienia krzyczała do mnie „bój się Boga, dziewucho!”, chociaż sama śmierdziała na kilometr zgnilizną kłamstwa i zawiści. Bałam się także księdza – szczerze mówiąc jego bałam się nawet bardziej, niż piekła….

W tamtych czasach i w tamtej wsi plebanem był wyjątkowo perfidny sadysta, który szczególnie upodobał sobie dręczenie dzieci. Do końca życia zapamiętam lekcję religii, w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki, kiedy to ksiądz tłumaczył nam, a raczej tonem nieznoszącym sprzeciwu głosił prawdy „objawione”, z których jako siedmiolatki niewiele wtedy rozumieliśmy. W pewnym momencie sięgnęłam do piórnika po chińską gumkę, taką śliczną seledynową i cudownie pachnącą, a następnie całym swoim dziecięcym sercem zapragnęłam ją powąchać. Pochłonięta jej intensywnym kolorem i zapachem nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym podszedł do mnie ksiądz z czymś, co on nazywał linijką. W rzeczywistości była to gruba deska ponad metrowej długości, służąca do rysowania na tablicy figur geometrycznych. Kazał wystawić mi rękę do bicia, ale ja, bojąc się bólu, nie chciałam mu jej podać. Wtedy ksiądz przytrzymał moją rękę siłą i uderzył dechą tak mocno, że od zadanego bólu oczy zaszły mi mgłą. Do domu wróciłam z fioletową, bardzo spuchniętą dłonią i rykiem – najgorsze było to, że nie rozumiałam, dlaczego mnie uderzono. Nie widziałam przecież nic złego w wąchaniu ślicznej, kuszącej swym zapachem gumki do mazania. Pamiętam, że mój ojciec wpadł wtedy w furię i do dnia dzisiejszego nie wiem, w jaki sposób mama powstrzymała go przed osobistym odwiedzeniem księdza i wymierzeniem mu ojcowskiej sprawiedliwości…

A w niedzielę trzeba było iść na mszę i wysłuchać demonicznego kazania – co tydzień, każdego miesiąca, rok w rok. Jedni chodzili dlatego, że chodzili wszyscy. Inni, aby zaprezentować się społeczności lokalnej w nowych adidasach. Z pewnością byli i tacy, którzy szli tam, aby się pomodlić, ale szczerze mówiąc słabo ich pamiętam. Ksiądz bardzo lubił wyręczać rodziców w wychowywaniu ich własnych dzieci – szczególnie upodobał sobie metodę twardej ręki, według której tylko bicie dzieci jest w stanie nauczyć ich rozumu. Pamiętam jedną z niedzielnych mszy, gdy mały ministrant pomylił się i podał księdzu akcesoria liturgiczne w niewłaściwej kolejności. Kapłan dostał ataku agresji i na oczach swych parafian złapał chłopca za włosy, zaczął nim szarpać tak mocno, że kiść tych włosów została w jego masywnej dłoni. Chłopczyk bardzo się popłakał, ale mimo tego, trzęsąc się z bólu i upokorzenia, nadal wykonywał polecenia księdza. Wszyscy to widzieli, ale nikt nie zareagował, bo w tamtych czasach i w tamtej wsi ksiądz miał władzę absolutną. To, co mówił i robił, było niemal święte, nawet, jeśli było przestępstwem.

Coroczny dochodowy interes, obchód po wsi zwany przez księdza kolędą, zaczynał już przed szóstą rano, gdyż bardzo lubił wcześnie wstawać. Raz się zdarzyło, że przyszedł do nas na kolędę o 6:30 rano. Ja i moje malutkie rodzeństwo zostaliśmy zerwani z łóżek i postawieni na baczność, bo ksiądz nas nawiedził i było to z pewnością ważne wydarzenie. Pamiętam, że unikałam jego spojrzenia i panicznie bałam się, żeby o nic mnie nie zapytał. Zauważyłam też, z jaką pogardą zmierzył wzrokiem moją mamę – pewnie dlatego, że jeszcze nie zdążyła zdjąć z nas piżam.

Gdy szłam do Komunii Świętej, musiałam się do niej oczywiście skrupulatnie przygotować. Jednym z warunków było odrobienie pańszczyzny na plebanii księdza. Pamiętam, że z grupą innych dzieci musiałam wykopać ziemniaki na jego polu – wszystkie co do jednego. W tamtych czasach i w tamtej wsi praca za free dla księdza była czymś oczywistym, więc nikt nie protestował. A potem musiałam iść do niego i mu się wyspowiadać z tych swoich wszystkich straszliwych dziecięcych grzechów, jakie podobno wtedy popełniałam.

Ksiądz lubił też ograbiać oraz upokarzać publicznie własnych parafian. Regularnie nakazywał im wpłacać pieniądze do swej prywatnej kasy – zazwyczaj na trwający niemal wiecznie remont dachu. A gdy ktoś nie rzucił groszem na czas, to dostawał do domu pisemne wezwanie do zapłaty – roznoszone w ramach prac społecznych przez jedną z parafianek. A gdy mimo tego i tak nie zapłacił, bo na przykład mając w domu kilkoro dzieci posiadał nieco inne priorytety, to zostawał publicznie naznaczony. Bowiem podczas niedzielnej mszy ksiądz podawał do publicznej wiadomości nazwiska wszystkich tych rodzin, które nie zapłaciły mu haraczu. I stał sobie taki wyrzutek społeczny w Kościele, aż tu nagle usłyszał dobiegające z głośników własne nazwisko, a następnie poczuł na sobie zgorszony wzrok niemal całej parafii…

Poza menelami spod budki z piwem, niewiele ludzi się przeciwko temu buntowało. Większość potulnie płaciła i nawet nie pytali, czyje pieniądze ksiądz tak często przegrywa w karty w pobliskim nocnym klubie.

Ja też to wszystko potulnie znosiłam, bo tak robili wszyscy, ponieważ tak wszyscy kazali. Bo w wiejskiej mentalności ksiądz był niczym cesarz, a każdy przejaw niesubordynacji groził publicznym przez niego wyszydzeniem, a kto wie, może i nawet piekielną otchłanią. Ale już wtedy, gdzieś w głębi duszy czułam, że coś jest jednak nie tak z całym tym światem, w którym przyszło mi żyć. Coraz bardziej zauważałam, jak jestem oszukiwana, manipulowana i upokarzana, ale w swej dziecięcej naiwności nie potrafiłam jeszcze tego nazwać. Czułam tylko tyle, że ideologia, którą się mnie karmi jest nieprawdziwa, a człowiek, który stroi na straży moralności, ma w sobie przerażająco dużo zła. I bałam się go zdecydowanie bardziej, niż piekła.

Przez lata pokornie znosiłam psychopatyczne zachowania i perfidne manipulacje kapłana, będąc jedną z jego licznych przygłupich owieczek. Coś we mnie pękło dopiero wtedy, gdy pleban rozkazał mojej mamie posprzątać całą kościelną wieżę – dzwonnicę oraz wielkie, strome drewniane schody tak mocno zakurzone, że unoszący się kurz utrudniał tam oddychanie. Gdy moja mama odmówiła i wytłumaczyła księdzu, dlaczego nie może podjąć się tego zadania, wówczas zbeształ ją i szantażem zmusił do wykonania zdecydowanie zbyt ciężkiej pracy. Kiedy po całym dniu harówki mama wróciła do domu, miała strasznie spuchnięte nogi i płakała z wycieńczenia. To właśnie wówczas po raz pierwszy w życiu pomyślałam o księdzu „ty stary, pierdolony sadysto”, a ma naiwna wiara w instytucję Kościoła raz na zawsze legła w gruzach. Moja mama była wówczas w bardzo zaawansowanej ciąży…

Świat się zmienił, więc w końcu zmieniła się także mentalność parafian. Wreszcie, po latach gnębienia, ktoś poszedł po rozum do głowy i odważył się ujawnić prawdziwe oblicze księdza pewnej lokalnej gazecie. Przyjechały media, zrobiły małą zadymkę i napisały artykuł, a plebana szybciutko przeniesiono do innej parafii. Przez lata o nim nie słyszałam i nawet prawie o nim zapomniałam. Dopiero kilka lat temu, w ogólnopolskiej telewizji widziałam o nim program – okazało się, że w kolejnej parafii też stwarzał problemy, ale tym razem został oskarżony o pedofilię… Na szczęście tego typu skłonności nie jestem w stanie zweryfikować, bo jako dziecko nie zauważyłam, ale mniejsza o to. Ponownie „za karę” księdza przeniesiono, tym razem na zasłużoną emeryturę. Żyje więc teraz sobie spokojnie i wygodnie w lokum, które zapewnił mu Kościół i za pieniądze, które Kościół regularnie płaci na jego utrzymanie. I najprawdopodobniej już nigdy nie poniesie żadnych konsekwencji swoich czynów.

Gdy stałam się nastolatką, doskonale już zdawałam sobie sprawę, że ten pleban, postrach mojego dzieciństwa, był po prostu człowiekiem plugawym, przesiąkniętym złem do szpiku kości. Zaś zniekształcony dogmatyzmem świat, w którym się wychowałam, jakąś kompletnie chorą iluzją. Ale ta wiedza, świadomość całej tej mistyfikacji, wcale nie dała mi ukojenia. Wręcz przeciwnie, odczuwałam straszliwą wewnętrzną walkę między tym, co sama myślę, a tym, co w dzieciństwie kazano mi myśleć. Wciąż w moim nastoletnim umyśle żywe było poczucie winy i ten irracjonalny dziecięcy strach przed piekłem – czułam się mniej więcej tak, jakby samodzielnie myślenie było było jakimś potwornym bluźnierstwem.

Gdy zaczęłam zadawać sobie pytania o wiarę, o jej sens i prawdziwość, to natychmiast przestałam chodzić do Kościoła, a zamiast tego zaczęłam czytać książki. Czytałam biblię oraz rozmaite jej interpretacje, książki opisujące historię chrześcijaństwa, a któregoś pięknego dnia odkryłam także Internet – i właśnie od tego momentu już nigdy nic nie było takie jak dawniej…

Pamiętam, jakiego strasznego doznałam zawodu, gdy przeczytałam, że wiele dogmatów i kultywowanych do dziś obrzędów chrześcijańskich nie ma nic wspólnego z Bogiem. Że na przestrzeni dziejów, mnóstwo z nich wymyślono przez człowieka i wyłącznie na potrzeby człowieka. Że prawdopodobnie istniało więcej, niż dziesięć przykazań. Że przez wieki panowanie papieży było jedynie powodowane bezwzględną żądzą władzy, krwawą walką o wpływy i możliwością manipulowania całymi narodami (wyprawy krzyżowe jako „święte” wojny, inkwizycja). Że spowiedź stała się sposobem na poznanie największych tajemnic koronowanych głów, zaś celibat sposobem na zachowanie kościelnego majątku… Poczułam się okaleczona i oszukana – wszak nie tego uczono mnie w dzieciństwie na lekcjach religii…

Moja młodsza siostra i bracia mieli chyba więcej szczęścia, gdyż już jako dzieci zaczęli uczęszczać do nowej szkoły i nowej parafii. Tam trafili do zupełnie innego świata, niż ten, który pamiętam ja. Poznali naprawdę fajnych, normalnych księży z powołania, a także zaczęli aktywnie działać w tamtejszej scholi. Znaleźli się w gronie ludzi głęboko wierzących i praktykujących, którzy przy okazji okazali się fantastycznymi osobami. Zawarli tam wieloletnie przyjaźnie, a niektóre z nich trwają nawet po dzień dzisiejszy. Wiele z tych osób, bardzo mocno modliło się za zdrowie mojej Laury i także za mnie, zwłaszcza w chwilach, gdy życie mojej córki wisiało na włosku. Przyznaję, że świadomość ich wiary i pamięci, w tych najtrudniejszych momentach była dla mnie prawdziwym ukojeniem.

To właśnie doświadczenia z dzieciństwa tak ukształtowały moje rodzeństwo, że wyrośli oni na praktykujących katolików, dla których religia jest dziś jedną ze spraw fundamentalnych. To właśnie wiara katolicka jest dla nich tym najważniejszym drogowskazem, to w niej odnajdują sens i ukojenie, to ona jest dla nich odpowiedzią na wszelkie wątpliwości. Nikomu swojej wiary nie narzucają, nikogo nią nie obarczają, a jedynie sami według niej żyją, gdyż właśnie tak wybrali. I nie zadają sobie trudnych pytań, gdyż wcale nie muszą – przecież to, w co wierzą i co praktykują, uznają za absolutny pewnik. A ja, przyznam szczerze, czasami im tej ich pewności i tego spokoju ducha bardzo zazdroszczę…

Dziś mam trzydzieści dwa lata i kilkuletnią córkę. Jestem dorosła, więc już dawno powinnam była się uporać z demonami przeszłości. Jednak nie potrafię, a traumy z dzieciństwa, które przeżyłam w różnych okolicznościach, cały czas odciskają się piętnem na moim dorosłym życiu. Tak samo jest z zaufaniem do instytucji Kościoła – straciłam je jako dziecko i już nie potrafię odzyskać.

Sama jestem agnostyczką, ale mam też praktykujących katolików wśród najbliższej rodziny i serdecznych przyjaciół, którzy gorliwie modlą się za zdrowie mojego dziecka. Ze względu na szacunek dla rodziny, kultywuję także niektóre katolickie tradycje, jak choćby obchody Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia, ponieważ uważam je za piękne momenty zadumy nad własnym człowieczeństwem i wspaniałą okazję do rodzinnych spotkań. Ale nie wierzę w to, co mówią o Bogu wszelkie religie, upośledzone przez wytwory ludzkiej wyobraźni, powtarzane z pokolenia na pokolenie ludowe opowieści niemal z pogranicza magii oraz rozmaite wyimaginowane dogmaty. Czytałam dużo o chrześcijaństwie, o judaizmie i o buddyzmie, słuchałam słów osób uważanych w swych środowiskach za oświecone oraz rzekomo dotykających doświadczeń z pogranicza metafizyki, nauczyłam się medytacji, a tym samych schodzenia na coraz głębsze pokłady własnej świadomości. Ale nic mi to nie dało, bo im mocniej szukam prawdy, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że nie mam najmniejszych nawet szans na jej odnalezienie.

Dziś jestem osobą poszukującą i wciąż zadającą trudne pytania, chociaż wiem, że do końca życia nie uzyskam na nie odpowiedzi. Łudzę się jedynie, że śmierć nie jest końcem i że z mojego jestestwa zostanie coś więcej, niż tylko kupka kości w pudełku (chociaż rozumiem, że to prawdopodobnie jedynie moje naiwne pragnienia). Uważam też, że każda z religii to nic innego, jak trochę inna droga do oswojenia lęku przed śmiercią. Jest wiele dróg i wiele sposobów, tak, jak i wielu jest ludzi. Każda religia może pomagać ludziom wytyczać dobre ścieżki oraz pokazywać uniwersalne wartości, ale jednocześnie każda z nich niesie ze sobą ryzyko wyprania mózgu, potwornych manipulacji, a co za tym idzie, chorego fanatyzmu.

Tak, religijny fanatyzm uważam za najbardziej niebezpieczny wynalazek ludzkości – także ten u ateistów, gdyż wojujący ateizm również bywa fanatyzmem. Rodzi się on za każdym razem, gdy odczuwamy pokusę narzucenia komuś własnego światopoglądu wyszydzając, obrażając lub krzywdząc.

Dlatego chciałabym wychować swoją córkę na człowieka, który nigdy nie krzywdzi innych. Na takiego, który pragnie postępować dobrze wyłącznie z głębokiej potrzeby czynienia dobra, a nie tylko ze strachu przed piekłem. Na takiego, który myśli samodzielnie i nie wpada w pułapki jakiegokolwiek dogmatyzmu. Na takiego, który jeśli zdecyduje się wierzyć w jakieś nadprzyrodzone byty, to zobaczy je w swoim sercu, a nie w kawałku drewna, bezmyślnie oddając pokłony.

Nie chcę, aby moje dziecko było straszone potworami przez ludzi, którzy sami mogą się nimi okazać. Aby wracało z lekcji religii z głową nabitą ideologią o swoich rzekomych grzechach, albo co gorsza, wizjami wiecznego potępienia. Pragnę, aby moje dziecko zawsze czyniło dobro z potrzeby serca, ale nigdy nie ze strachu. Uniwersalne, piękne wartości można przecież odnaleźć w każdych okolicznościach – wystarczy, że człowiek poszuka w samym sobie prawdziwego człowieka.

Spójrzcie na zdjęcia, które Laurze robię – niemal na każdym z nich jest uśmiechnięta, pełna życia i dobrej energii. Laura, mimo ciężkiej choroby, jest dzieckiem naprawdę bardzo szczęśliwym – małym, pełnym ufności człowiekiem, który wszystkich zaraża radością. Ona nie boi się ciemności, a gdy gaszę światło, z rogów jej pokoju nie wychodzą żadne potwory. Nie miewa koszmarów i nie boi się samotności. Gdy stłucze szklankę, nikt nie woła do niej „bój się Boga dziewucho”, a gdy powie niechcący jakieś głupstwo, nikt nie straszy jej piekłem.

Czasy na szczęście się zmieniły, a religijna presja, jeszcze niedawno tak bardzo widoczna, przestaje w końcu aż tak mocno doskwierać. Dziś możemy wierzyć w to, co chcemy i jak chcemy, albo nawet nie wierzyć w nic – i raczej już nas za to nie spalą na stosie. Może dzięki temu łatwiej będzie mi wytłumaczyć córce, że na jej najtrudniejsze pytania nikt nie może jej udzielić jednoznacznych odpowiedzi. Że sama musi poszukiwać sensu i samodzielnie wybrać drogę, która ją poprowadzi. Bo ostatecznie przecież i tak wszyscy, absolutni wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku…

IMGP7817_DxO_DxO

IMGP7826_DxO_DxO

Ps. 1

Pewnie wielu z Was już wie o niesamowitym wręcz sukcesie naszych znajomych, rodziców małego Leosia, który tak, jak Laura choruję na klątwę Ondyny. Rodzice chłopca stworzyli film dokumentalny „Nasza Klątwa” o swoich przeżyciach związanych z chorobą syna, a wczoraj świat obiegła sensacyjna wiadomość, że ten film został nominowany do Oscara!!! Jesteśmy wszyscy w takim szoku, że do tej pory nie możemy się otrząsnąć! Międzynarodowy sukces filmu z pewnością mocno przyczyni się do poszerzenia świadomości społecznej o chorobie naszych dzieci – lepszej promocji po prostu nie mogliśmy sobie wymarzyć! I chociaż sama filmu nie widziałam (ze względu na własne przeżycia oraz związane z nim emocje raczej nie zdecyduję się na jego obejrzenie), to przesyłam Leosiowi i jego rodzicom ogromne gratulację, a także życzę połamania obcasów na czerwonym dywanie!

Ale to nie koniec wspaniałych wiadomości ze świata filmu. Do Oscara nominowane są jeszcze dwie inne polskie produkcje – słynna już „Ida” oraz „Joanna” – film o blogerce „Chustce”, zmarłej po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej. Wielu z Was z pewnością czytało jej znanego bloga i macie ją w pamięci tak samo, jak ja… Trzymam więc kciuki za wszystkie trzy filmy i jestem naprawdę dumna, że Polacy, w dodatku mi znajomi, odnoszą tak spektakularne sukcesy!

Ps. 2.

Pytałam już o to na Facebooku, ale zapytam jeszcze i tutaj. Biję się z myślami, czy zgłosić mojego bloga do konkursu „Blog roku”. Chciałabym w ten sposób rozpromować historię Laury i zdobyć nowych czytelników, głównie po to, aby dać jej większe szanse na pozyskanie 1% podatku. Z drugiej strony wobec ogromnej ilości zgłoszonych do konkursu blogów, będzie naprawdę ciężko się z tego tłumu wybić i powalczyć o Wasze głosy. No i jeszcze trzeba się liczyć ze wzmożoną falą hejtu, która w tej sytuacji będzie nieunikniona. Co myślicie o tym pomyśle? Jest sens się bić o uwagę w tym konkursie, czy raczej lepiej odpuścić? I czy w ogóle blog Kochamy Laurę jest dla Was na tyle wartościowy, abyście chcieli oddać na niego swój głos? Piszcie proszę, tylko szczerze – naprawdę liczę się z Waszym zdaniem.

komentarze 244

  1. Jak to dobrze, że nasza religia jest oparta na Nowym Testamencie. Jak to dobrze, że Nowy Testament można interpretować. Podkreślam interpretować bo np. Koranu nie można i zobaczcie co się dzieje. Aż strach pomyśleć co by było gdyby nasza religia czerpała ze Starego Testamentu. Aby się wypowiadać na tak trudny temat jak religia trzeba naprawdę dużo wiedzieć, dużo przeczytać i analizować temat. Jak to dobrze, że to jest blog o dziecku a nie o religii :)Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Emilio, czy mogłabyś – celowo pytam teraz, gdy już szum tu ucichł 🙂 – polecić mi parę takich książek (może być i jedna) demaskujących mechanizmy, jakimi posługuje się religia? Albo o historii religii katolickiej, bez chamstwa, ale nie bez krytycyzmu i dystansu. Chętnie bym przeczytała coś takiego, ale nie wiem, które z takich książek warto wybrać.

    • Polecam kanał na YouTube Pawła Szydłowskiego, który jest historykiem z wykształcenia.
      Po tym jak zaczął analizować Biblię z osoby wierzącej stał się ateistą.
      W jego filmikach bardzo rzeczowo, dokładnie, bezstronnie ukazana jest historia chrześcijaństwa i ogólnie historii.

  3. Kwestia 1 – Blog roku – jestem ZA i mimo hejtu, obecnie myślę, że cokolwiek Pani nie zrobi przez część czytelników zawsze będzie na NIE i już. Bo tak.

    Kwestia 2 – z tą wiarą mam podobnie. Też wierzę bardzo w Boga, który często „miesza się” w nasze życie, często z nim rozmawiam, szukam pomocy, usilnie trzymam się myśli, że po śmierci jest coś dalej. I także mam problem z kościołem, a konkretnie księżmi, bo obecnie bardzo ciężko znaleźć porządnego duchownego, z powołania do służby Bogu, a nie do pieniędzy. Denerwują mnie hipokryci – biznesmeni. I równiez dużo czytałam na temat tego jak Biblia odbiega od tego, co mówi do nas obecna religia katolicka. Nie mam jeszcze dzieci także nie spotkałam się z takim dylematem, ale chyba wychowywałabym dziecko wedle tych moich przekonań – Pan Bóg tak, kościół z rezerwą…

    • Nie tylko religia katolicka budzi moje wątpliwości. Wiele kontrowersji wzbudza także sama Biblia, zwłaszcza stary testament. Ale to już jest temat na zupełnie inną historię i zupełnie nowy post. Raczej nigdy się nie odważę, aby o tym napisać 🙂 Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz!

      • Nie bądź taka… i napisz! 😉 Ja osobiście bardzo lubię Twoje długie wywody, czytam je z ogromną ciekawością, zarówno te o Laurce, jak i te opisujące Twoje własne doświadczenia i przemyślenia. Także czekam z niecierpliwością na następny tekst (na pohybel wszystkim złośliwcom;)

        • Oj chyba jednak na pisanie o Biblii się nie odważę. To by wywołało burzę – w trosce o swoje nerwy, zaniecham 🙂

          • ależ Emilio, każdy chyba wie, że Stary Testament to krwawe czasy, zupełnie niepojęte dla nas, Europejczyków XXI wieku, którzy mamy Nowy Testament, łagodzący surowe prawa Starego. zatem na Twoim miejscu bym sie nie przejmowała ewentualną „burzą” po poście na temat Biblii.
            zresztą, sa inne religie, niechrzescijańskie, które obecnie regulują życie swoich wyznawców według praw identycznych jak w ST – i mają się świetnie, wręcz robią się bardziej popularne niż chrześcijaństwo, które jednak jest „miękkie”. kto by się więc oburzał…

          • Ja tez bardzo chciałabym przeczytać o Twoim zdaniu w sprawie Starego Testamentu .. Mam takie same odczucia w sprawie religii jak ty i podejrzewam , ze pół Polski tak ma ..

          • Joanno, właśnie jestem w trakcie czytania i analizowania Starego Testamentu. Codziennie czytam mały fragment z kilku różnych przekładów, a to, co tam znajduję, po prostu mnie przeraża. Takiego nagromadzenia okrucieństwa, mordowania w imię Boga (nierzadko na skalę ludobójstwa), seksualnego wykorzystywania kobiet, w tym także małych dziewczynek, mściwości, wywyższania się, knucia, spisków, pociągu kapłanów do władzy i religijnego fanatyzmu, nie widziałam chyba nigdzie. Gdyby dziś jacyś ludzie w naszym kraju chcieli żyć tak, jak ich do tego namawia tak zwane „Słowo Boże” ST, to niechybnie zostaliby zamknięci w więzieniu jako mordercy lub degeneraci…

            Oczywiście aby to wszystko zauważyć, trzeba czytać tekst bardzo uważnie i obiektywnie, a także znać historię – ponieważ nie wszystko jest tam napisane wprost i trzeba biblijne zapiski połączyć z wiedzą historyczną z tamtego okresu, zwłaszcza z wiedzą dotyczącą biblijnych bohaterów. Im bardziej wgłębiam się w teksty zawarte w ST i porównuję je do wypowiedzi historyków, tym mocniej zaczynam go traktować jak bajkę, a raczej horror dla dorosłych, w którym to ludzie wymyślili sobie jakiegoś Boga głównie po to, aby jego nakazami móc usprawiedliwiać własne zbrodnie. Im więcej czytam, tym większego obrzydzenia nabieram do religii nie tylko tej, w której się wychowałam, ale do fenomenu religii w ogóle.

            Jednak nie sądzę, abym kiedykolwiek zdecydowała się na opublikowanie moich szerszych wniosków z czytania Biblii. Obawiam się, że byłyby one nie do zaakceptowania dla wielu ludzi, zwłaszcza tych, którzy uważają się za wierzących. Niestety, większość tzw. wierzących nigdy w życiu nie przeczytała samodzielnie całej biblii, a już na pewno nie poddała jej tekstów obiektywnej analizie. Jeśli już, to zazwyczaj słyszeli w kościele wybrane fragmenty z Biblii z „odpowiednią” interpretacją księdza. Obawiam się, że napisanie artykułu na ten temat spowodowałoby tak wiele kontrowersji i taką falę hejtu, że chyba nie mam ochoty się na to narażać. Poza tym analizowanie Biblii na blogu dotyczącym Laury trochę nie pasuje do tematyki bloga. Wolałabym więc te wszystkie wnioski i zdobytą wiedzę zachować dla siebie. Zwłaszcza, że każdy, kto naprawdę interesuje się tą tematyką i szuka prawdy, jest w stanie dotrzeć do tej prawdy samodzielnie, wkładając w to po prostu trochę wysiłku. Pozdrawiam

          • Słusznie się obawiasz, naraziłabyś się głównie osobom wyznania Mojżeszowego, a stąd już tylko krok do posądzenia o antysemityzm 😉 –
            Dla Chrześcijanina Stary Testament może być odczytywany wyłącznie w kontekście Nowego. Nowy Testament – to Nowe Przymierze, ofiara tylko jedna – Chrystusa, a największym przesłaniem – miłość. Pozdrawiam 🙂

          • Dokładnie tak. Gdybym publicznie napisała, jakich okropności dopuszczały się plemiona izraelskie w imię swojego Boga, to od razu zostałabym posądzona o antysemityzm. W dzisiejszych czasach nie można powiedzieć niczego złego o ludziach wyznania mojżeszowego, nawet jeśli jest to prawdą, bo zaraz jest się o ten antysemityzm posądzony. Napiszę tylko taką ciekawostkę, że dawno, dawno temu, na samym początku plemiona hebrajskie i izraelskie były wyznania politeistycznego. Wierzyli w różnych bogów i bożków, oddawali cześć siłom natury. Dopiero w trakcie ewolucji religijnej i łączenia się tych plemion, powstał kult jednego Boga ważniejszego od pozostałych, a potem już jedynego Boga. W obliczu tych faktów zawarta w ST legenda o stworzeniu świata przez jednego Boga nabiera nowego, komicznego znaczenia – wszak biorąc pod uwagę politeistyczną przeszłość plemion, musiano ją wymyślić dużo, dużo później 😉

        • Przypuszczam, ze chodzi o to, ze Bog polecil powyrzynac niektore plemiona…ale oni byli bardzo zli, palili swoje nowonarodzone dzieci w ogniu…sie im nalezalo

  4. Dzień dobry Emilio. Pochodzimy z tej samej wioski, jestem czytelnikiem Twojego bloga i jestem pod wrażeniem Twej siły wewnętrznej oraz talentu dziennikarskiego, super! Także pamiętam naszego plebana „Frania” vel „Franka” dzięki niemu także odwróciłem się od instytucji kościoła. Pozdrawiam i życzę samych sukcesów w każdej sferze życia

  5. Dzień Dobry Emilio! Kolejny ważny tekst wyszedł spod Twojej klawiatury (chciałoby się napisać: „spod Twojego pióra”). Mnie również dotyczą dylematy, nie na temat wiary, a instytucji kościoła. Natomiast najważniejsze dla mnie jest to aby wychować go na wierzącego w siebie i swoje możliwości mężczyznę, na człowieka, który nie krzywdzi swoich bliskich, nie zadaje im bólu, nie sprawia, że przez jego czyny i słowa ktoś płacze. Chciałabym aby był pewny siebie i własnej wartości a ludzi szanował. I żeby obracał się wśród takich właśnie ludzi, żeby otoczył się tymi, którzy cenią te same wartości.

    A co do bloga roku – jak sama piszesz: tu już nie wygrana jest ważna, a możliwość, aby o Laurce dowiedziało się jak najwięcej osób. To działa też w drugą stronę, ponieważ jeśli zgłosisz bloga do konkursu, jestem pewna, że znajdzie się parę osób, którym Wasza historia bardzo pomoże. Z Was bije wielka siła! Siła do walki, siła miłości, pokonywania kłód, przezwyciężania własnych słabości. Każdy, kto nie jest trollem, kto zagłębi się w Waszą historię nie będzie już tym samym człowiekiem. Już pisałam to wcześniej Emilio – dajesz siłę do walki o lepszą każdą godzinę. Ja, dzięki Twojej postawie, uświadomiłam sobie, co jest dla mnie ważne i walczę o to codziennie. Pozdrawiam Was gorąco a mój 1% na 100% powędruje i w tym roku do Was!

    • Dziękuję Justyna!!!

  6. Mogę tylko powiedzieć: „Go Girl!” I powodzenia w konkursie 🙂

    Co do treści: zgadzam się w 100% – kler to czarna mafia i a kościół instytucjonalny to jeden wielki martix. Byle się nachapać i trzymać władzę. Myślenie samodzielne uwalnia od lęku. Za niedługo będą ogłoszenia: „zatrudnimy na parafii księdza z funkcją kasjera złotowego i walutowego”. Mam wrażenie, że część tego co się próbuje wmawiać w kościołach jako kwestie wiary i „zasady” to są rzeczy wymyślone na potrzeby trzymania władzy nad ludem – nie ma zapisów w Ewangelii i jakiś tam rzeczach, które obecnie istnieją w kościele – np. celibat, czy zakony. Sztuczne twory. W Piśmie Świętym jest wskazane tylko jedno powołanie „opuści człowiek ojca i matkę i złączy się z swoją żoną”. To jest naturalna kolei rzeczy. Tyle mężczyzn normalnych się „zmarnowało” przez to (zabrano im siłą możliwość „legalnego” bycia ojcami), w rozdarciu wybrali jedno, a mogli mieć i jedno i drugie. A zakon to ucieczka od odpowiedzialności za swoje życie, oddanie go w łapy innych osób jak taka marionetka.

    Pozdrawiam i trzymam kciuki! 🙂

  7. Wow, wsadzila Pani kij w mrowisko☺ Ja krotko – ciesze sie z tego postu, tez mam mieszane uczucia co do tego co odczuwam a co wymusza na mnie srodowisko i otoczenie. Pozdrawiam

  8. Ten post, jak widać, skłania do refleksji… Na tym polega jego wartość. 🙂
    Jestem osobą wierzącą i praktykującą, nie wyobrażam sobie życia bez Kościoła. Ja doświadczam Kościoła pełnego prawdziwej Miłości i radości, znam bardzo wielu ludzi, którzy tak samo uważają Kościół za opokę, więc zapewniam wszystkich, że istnieje ta „jasna” strona Kościoła. 🙂 Mam też świadomość, że jest bardzo niedoskonały, w końcu budują Go ludzie, którzy nieraz upadają. Mimo wszystko… nie byłabym w stanie się od Niego odwrócić, bo wierzę w to, że szczególnie tam obecny jest i działa ten sam Bóg, w którego, jak deklaruje, wierzy większość osób tu się wypowiadających. 😉 Dlaczego więc chociaż nie s p r ó b o w a ć odnaleźć tego miejsca, gdzie w wyjątkowy sposób działa nasz Bóg? Dlaczego skupiać się tylko na grzechach kapłanów i na swojej niechęci do kleru, a nie p o s z u k i w a ć Wspólnoty pełnej Miłości, która może być oparciem i gdzie można znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania? Jeśli w naszej parafii urzęduje ksiądz, który po prostu odstrasza wiernych, to co nas tam trzyma? Może w innej parafii znajdziemy takiego duchownego, który będzie jego kompletnym przeciwieństwem. W końcu: czy mimo tego, że szklanka jest od zewnątrz brudna, to woda się w niej znajdująca przestaje być wodą, która gasi pragnienie?
    Czytam Pani bloga od około pół roku i jak dla mnie jest to jeden z najlepszych i najwartościowszych, które do tej pory znalazłam. Pani może stanowić wzór dla mnie, jako przyszłej matki, a Laurka jest po prostu… cudowna! 😀 Trzymam kciuki i pozdrawiam gorąco całą Rodzinkę! 🙂

    • Bardzo Pani dziękuję za ten optymistyczny komentarz. Cieszę się, że pod moim wisem znajdują się wypowiedzi osób o różnych poglądach – zarówno tych stroniących od Kościoła, jak i tych znajdujących w nim prawdziwą bliskość z Bogiem. Ta różnorodność pokazuje, że w relacjach człowiek-Bóg tak naprawdę najwięcej zależy od nas samych. Różni ludzie, różne poglądy i różne wnioski z nich płynące 🙂

  9. Co do bloga roku – ze wzmożoną falą hejtu nie raz już sobie radziłaś, więc i teraz sobie z nią poradzisz. Śmiem nawet stwierdzić, że znacznie łatwiej i mniej przyjmując się treściami przekazywanymi w trollowych komentarzach.

    Blog zaś na wartości nie stracił, lecz zyskał. Twoje umiejętności pisarskie rozwinęły się w kierunku i skali, która jest zachwycająca i o której pewnie nie marzyłaś nawet kilka lat temu. Niemal każdy wpis chwyta za serce, dopracowany w każdym calu, mimo że prawdopodobnie raz pisząc nie musisz już wracać do poprzednich treści.

    Sama zawartość strony jest ponadczasowa i zawsze skłania do powrotu, by ponownie sprawdzić, co słychać na blogu.

    To, co różni bloga teraz, od okresu, kiedy ostatnio startowałaś w konkursie, to Twoja sytuacja oraz sytuacja Laury.

    Mimo że Laurka jest nadal chora, nadal trzeba poświęcać jej wiele czasu i pieniędzy, jej życiu nic nie zagraża. Odnieśliście zwycięstwo, mimo że walka jeszcze trwa i wiele problemów jeszcze stanie Wam na drodze.

    Obawiam się, że będzie to główna trudność w pozyskaniu głosów – treści tragiczne trudne, rozprzestrzeniają się szybciej.

    Niemniej uważam, że niezależnie od wyniku samego konkursu, zawsze warto się zgłosić. Nowi czytelnicy przybędą podczas trwania konkursu, a chyba to jest głównym celem. Zresztą pamiętaj o konkursie na mamaplus.pl – nie zamierzaliście wygrać 😛

    • Dziękuję braciszku!!! <3

    • „Twoje umiejętności pisarskie rozwinęły się w kierunku i skali, która jest zachwycająca”

      Chce sie pod tym podpisac drukowanymi literami! Emilia pisze w taki fantastyczny sposob, ze czytanie bloga jest bardzo przyjemne (i mamy nadzieje, ze przeszlosc tak pelna trosk juz nie powroci). Kiedys zastanawialam sie, na czym dokladnie polega tajemnica tak ujmujacego stylu i …coz, nie wiem 🙂 jak ktos to rozgryzie, to prosze powiedziec 🙂

      • A. zgadzam się z Tobą i bratem Pani Emilii. Wraca się tu, czyta, bo jest to język emocji. W wartościach merytorycznych są także uczucia. Język jest mocny, dosadny, myśli przekazane absolutnie precyzyjnie (oczywiście różna nasza interpretacja). Oczywiście pisząc o języku dosadnym mam na myśli to, że nie pozostawia on nikogo obojętnym. Albo się lubi tekst, albo nie, albo ma się odniesienie pozytywne, albo negatywne.
        Jest to dla mnie blog matki, która nie ogranicza się do choroby swego dziecka. Ma szeroki światopogląd i go prezentuje. Wcześniej tego nie rozumiałam, ale czytam to, co Pani pisze od początku, przeczytałam też odpowiedzi skierowane do p. Agnieszki i myślę, że zrozumiałam. Jest to pamiętnik matki, świadomej matki, która nie żyje przecież na pustyni, ale w tej rzeczywistości i chce dać swój głos, opiniuje właśnie dla córki. Na tym przecież polega wychowanie. Przekazujemy dzieciom swój światopogląd, a Laura przy okazji jako dorosła panienka zobaczy całą gamę ludzkich charakterów w naszych komentarzach. Sprytne 🙂 Pokaże Pani córce świat we wielu jego odcieniach. To, co Pani pisze jest szczere i uczciwe i to czuć. Można się z tym nie zgadzać, ale nie sposób zarzucić pisania pod publiczkę. Czekam na tego typu felietony.
        Pozdrawiam

  10. Emilio masz bardzo mądre przemyślenia 🙂 Ze swojej strony polecam stronę internetową http://www.jw.org/pl/, gdzie można znależć wiele odpowiedzi opartych na Biblii na takie pytania jak : „Co się dzieję z człowiekiem po śmierci ?” Dlaczego Bóg dopuszcza cierpienia ?” i wiele innych .
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  11. współczuję doświadczeń z dzieciństwa związanych z religią. dzięki Bogu nigdy nic takiego mnie nie spotkalo, totez do religii mam raczej pozytywny stosunek. no, może bardziej obojętny, gdyz jestem osobą wierzącą w Boga, ale w religie (jakiekolwiek) już mniej. przy czym nie czuję się zewsząd atakowana religią… wręcz przeciwnie… dlatego często jestem zdumiona, czytając wypowiedzi ludzi, ktorzy odnosza wrażenie, iż KK ingeruje w ich życie wszechstronnie… nie wiem, gdzie trzeba mieszkać, aby doświadczac tego, chyba na plebanii albo w zakonie?

    • Foksal- wystarczy wieś. Niewielka, gdzie każdy każdego zna, a wieści roznoszą się pocztą pantoflową. I słowa księdza chodzącego po kolędzie „a państwa to ja na mszy nie widuję”. Osobiście takie teksty to ja mam w głębokim poważaniu, natomiast mieszkańcy z mojej miejscowości odebraliby tego typu słowa jak policzek. Więc co niedziela, maszerują całymi rodzinami na nabożeństwo. A po mszy, to już różnie w tych rodzinach się dzieje i niekoniecznie zgodnie z katechizmem. Ważne, że ksiądz widział, że byli 🙂
      Pozdrawiam.

      • Małgorzato – pewnie masz rację, aczkolwiek problem ślepego zapatrzenia w księdza, który jest wszak tylko człowiekiem, dotyczy ludzi starej daty. młodzi wyznaja już inne wartości. tak mniemam. maja internet, fejsa i inne autorytety. a małe dzieci to już w ogóle.

  12. Na temat wiary się nie wypowiem, bo w moim życiu kieruję się zasadą „jest tak jak myślisz, że jest” i mnie się ona sprawdza. Jeśli w czyimś życiu jest lub nie ma boga w jakiejkolwiek postaci i jest mu z tym dobrze oraz bezpośrednio mnie nie krzywdzi, to nie widzę powodu by z tym dyskutować, wszak każdy ma w co wierzy 🙂
    Odniosę się do startowania w „blog roku”. Jeśli czujesz się na siłach podołaniu zwiększonemu hejtowi, chamskim komentarzom, to w mojej opinii warto spróbować. Jak widać na przykładzie Leorodziny nigdy nie wiadomo co ma jaki zasięg i jakie ludzie mają potrzeby by wiedzieć.

  13. Każdy z nas nosi w sobie mniejsze czy większe doswiadczenia, rany itp. ale tylko na modlitwie jesteśmy w stanie zobaczyć prawdę. Tylko czyste serce jest do tego zdolne. Prawda pokaże nam tylko jeden kierunek … Miłość. I tylko ona się liczy tak teraz jak i w momencie przejścia …. czy jesteśmy wierzacymi czy nie. Tylko miłość bo Miłość to Bóg. Nie jakas osoba postac. Bóg to Miłość.

    • Dla mnie Miłość = Dobro ale nie Bóg. Dla mnie Bóg to zestaw dogmatów , praw ustalonych przez ludzi i dla ludzi. ale czy to znaczy że moja Miłość do bliskich, obcych, zwierząt, świata jest gorsza? Może taka sama a może ciut lepsza , bo bezinteresowna , nie podszyta strachem przed Bogiem ?

  14. Cieszmy sie ,że nasz Leoblog dostał nominacje do oskara!!! Pozdrawiam

    • Jestem dumna z filmów o Leo i Chustce. Załuję baaaardzo, że są o obejrzenia tylko na festiwalach, Osobiscie nie chce mi się isc na jakis festiwal tylko po to, by obejrzec upragniony 30 minutowy film. A zresztą sam blog Chustki czytalam kilka razy. DO pieknego filmu powraca się ziesiatki razy. Fajnie go miec n DVD czy na youtube. Gdyby był na youtube obejrzaloby go pewnie 10 mln luzi, a na tych festiwalach moze kilkaset… wielka szkoda, ze pozbawiaja ludzi tych pieknych emocji przez „chowanie ” tych filmow po jakichs festiwalach filmowych.

  15. Teraz rozumiem dlaczego masz taki stosunek do kościoła. Dobrze, że o tym napisałaś. Nie każdy miał takie szczęście, aby być wychowywanym w prawdziwej wierze, a nie w obłudzie i kłamstwie. Bardzo mi żal tego jak osoby które miały Cię uczyć religii i dobra zniszczyły twoją wiarę. Pamiętaj, że jeśli będziesz dobrym człowiekiem to pójdziesz do nieba. Chrześcijaństwo (to prawdziwe) nie neguje osób takich jak. Ważne jest abyś nie czyniła zła innym. Tak jak ktoś wyżej napisał, ludzie którzy nie mieli szansy poznać tej religii i tak będą sądzeni według uczynków. Według mnie Bóg wie, że doznałaś krzywdy i nie wini Cię za to, że nie jesteś chrześcijanką.

    • WildRose, nie wprowadzaj w błąd ludzi proszę.

      Kiedyś jeden człowiek przyszedł do Jezusa i zwrócił się do niego słowami: „Nauczycielu dobry!” (Mk.10,17) i cóż mu powiedział Jezus? „Czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg.” (Mk.10,18)
      Nie ma więc dobrych ludzi, są tylko tacy, którym wydaje się że są dobrzy lub że dobrymi mogą być. Poza tym Słowo Boże uczy nas, że „z uczynków zakonu nie będzie usprawiedliwiony przed nim [przed Bogiem] żaden człowiek” (Rz.3,20; Ga.2,16). Na podstawie Słowa Bożego mogę stwierdzić, że żaden człowiek nie jest dobry i dobrym być nie może, poza tym nawet gdyby był, i tak podlega potępieniu.

      „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony.Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego.” (J.3,16-18)

      Jest tylko jedna droga zbawienia, a jest nią Jezus Chrystus:
      „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił.” (Ef.2,8-9).

      Czytajcie Słowo Boże i przyjmijcie Je do swych serc (J.1,12), uwierzcie Słowu Bożemu, uwierzcie w Jezusa i przyjmijcie Jego Łaskę Zbawienia a będziecie żyć na wieki.

      Z Bozym błogosławieństwem (SK)

  16. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie – katolicy doznają pewnego rodzaju szoku dowiadując się, że ich religia nie jest tą jedyną jedyną i nieomylną…
    Raczej to nie są hejterzy.
    To są ludzie, którzy potrzebują więcej czasu, aby oswoić się z tym „szokującym” faktem, że chrześcijaństwo, wiara w Boga… to nie tylko KK.

    • Albo może po prostu spali na lekcjach historii, bo o rozłamach w Chrześcijaństwie uczono mnie już w podstawówce. Kończy się właśnie tydzień modlitwy o jedność Chrześcijan i gorąco polecam spojrzeć szerzej na Chrześcijaństwo i zamiast różnic między wyznaniami dostrzec w końcu podobieństwa – przede wszystkim to jedno najważniejsze – Jezusa.
      Pozdrawiam gorąco autorkę i komentujących 🙂

  17. Ja też w sumie wierzę, że wszystkie religie prowadzą do jednego Boga. Czy to takie istotne, że jedni nazywają go Jahwe, inni Allahem a jeszcze inni Buddą? Akurat przyszło mi wychować się w tradycji katolickiej, ale nie neguję w żadnym wypadku żadnej innej! Bo jeśli Niebo (czy inaczej…”życie po śmierci”, gdziekolwiek) byłoby otwarte tylko dla tych, którzy postępują zgodnie z jakimiś konkretnymi dogmatami, to co stałoby się z tymi, którzy ich po prostu nei znają, bo przyszło im urodzić się np. w buszu w Afryce? Przecież to nie ich wina, ze nie wiedzą co to chrzest, Chrystus itp.
    Myślę, ze we wszystkim najważniejsze jest żyć tak, by drugiemu nie robić krzywdy, zarówno tej psychicznej jak i fizycznej. Bo czymże nam zawinił np. gej czy Żyd? Jeśli nikogo nie krzywdzi? Tym, że istnieje? Wydaje mi się, ze to słaby argument….
    Ogólnie staram się postępować z tym, co przekazano mi w ramach wiary chrześcijańskiej, bo tak też zostałam wychowana, jednak wszystko, dosłownie wszystko staram się przepuścić przez swego rodzaju filtr. Przykładowo, to, że Bóg stworzył świat w 7 dni może być tylko metaforą (bo czy też „dzień” w zapisie biblijnym nie może oznaczać miliona lat?), dlaczego teoria ewolucji nie może być prawdziwa (przecież wg Biblii Bóg stworzył najpierw zwierzęta… i może udoskonalając je doszedł do człowieka?)…
    Tak samo nie uważam wcale, ze uczenie się paciorków na pamięc jest jedyną formą modlitwy (bo czy też zwykła rozmowa z Bogiem w sercu też nie jest dobra?), a może jedynie ułatwić modlitwę tym, którzy mają problem z wyrażaniem własnych myśli, a przyjęcie opłatka w ramach Komunii jest tylko pewnym symbolem (bo czy nie ważne jest to, że mamy komunię w sercu?)…

    Więcej serdeczności do siebie nawzajem, niezależnie od religii czy wyznawanych poglądów. Gdyby każdy na tym świecie był taki sam, jakże byłoby nudno! 🙂

  18. Św. Augustyn (wcześniej mocno niewierzący) mówił: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”, myślę że coś w tym jest…

    Tak jak ktoś już pisał, też uważam, że nie jest prawdą, że wszystkie religie prowadzą do jednego Boga (tak mówi ideologia New Age). Moim zdaniem to różne drogi prowadzące na różne szczyty. Przykład pierwszy z brzegu: Bóg chrześcijański każe kochać bliźniego swego jak siebie samego, także nieprzyjaciół, Allah wręcz przeciwnie, co spotyka „niewiernych”, raz na jakiś czas widzimy (islam powstał kilkaset lat po narodzeniu Chrystusa). Kim innym jest Budda – człowiek, kim innym Chrystus – Bóg. Jeśli chodzi o mnie – w Nim właśnie znalazłam odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale wcześniej było inaczej: strach, chaos i ogólne miotanie się. Bóg jest blisko tych, którzy chcą być blisko Niego, a ja zrozumiałam, że nie ma w życiu przypadków, (nie jest nim też wg mnie fakt, że Laura pyta usilnie o Boga. Przecież można by rzec, że jeśli nie jest On tematem waszych rozmów w domu, to w zasadzie nie powinna, a przynajmniej nie z taką intensywnością).

    Ktoś zapyta: no dobrze, ale jeśli urodzony i wychowany w innej religii człowiek jest dobry, nie poznał Objawienia Chrystusa, to co? A może Bóg zapyta nas właśnie o to, co otrzymaliśmy, czyli w naszym przypadku o Chrzest i to, co z niego wynika…
    Przykro było czytać Twe doświadczenia z dzieciństwa, ale tak jest, że w kościele są i święci i grzesznicy, gorzej: są nawet grzesznicy gorszyciele (w tym konkretnym przypadku).
    Katolicki to po grecku powszechny, nie jest to niestety żadna elita, Ale sam Chrystus na założyciela Kościoła wybrał osobę, która Go zdradziła, św. Piotrowi daleko było do ideału. Ale Bóg nie chce, abyśmy sądzili innych: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” Mt 7,1-3. Ilu „sędziów” jest choćby na forum tego blogu, trudno zliczyć…
    Dla mnie Chrześcijaństwo to radość, pokój ducha (trudno oddać słowami, co to jest: to coś, co leży bardzo bardzo w głębi człowieka) i Dobra Nowina: ” Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” Jan. 3, 16.

    Ciekawi mnie, czemu tak jest, że jedni wierzą, inni nie. Wiadomo jest, że jeśli ktoś nie ma wiary, nie ma tez mocy, aby dać ją sobie samemu. Ale na przekór wszystkiemu zawsze można zacząć się o tę wiarę modlić, Bóg dał nam wolność, „klamka” jest po naszej stronie.
    Chciałam na koniec gorąco polecić Ci kogoś, kto cudownie tłumaczy Pismo, to o. Adam Szustak (słuchowisko na FB Plaster Miodu) Mogę potwierdzić, że jest to prawdziwy plaster miodu na duszę. Stawia do pionu, a do tego wciąga i uzależnia 🙂

    ps. co do 10 przykazań: Biblia ich nie numeruje, we wszystkich przekładach z oryginału brzmią one podobnie, skąd pomysł, że były jakieś inne? w internetach różne rzeczy piszą, lepiej opierać się na Słowie Boga, chyba, że ktoś nie wierzy, że to Biblia to Słowo Boga, a wtedy zataczamy krąg i wracamy na górę do św. Augustyna 🙂
    Pozdrawiam!

    • Tak, przykazania nie były numerowane, ale pierwotnie ich treść była inna. Przykład poniżej. Różne źródła podają, że w spisie przykazań istniał jeszcze między innymi taki zapis:

      „Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący miłosierdzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich.”

      Czyli zakaz tworzenia obrazów, drzeworytów czy rzeźb przedstawiających Boga (Jezus dla Chrześcijan to Bóg), od których uginają się niemal wszystkie chrześcijańskie świątynie. Zapis niewygodny dla Kościoła i przez niego usunięty. Różne źródła o tym piszą, można poczytać. Pozdrawiam serdecznie

      • Pani Emilio, nie mylmy. Bóg w tradycji żydowskiej nigdy nie jest przedstawiany na obrazach, Stary Testament to przecież księgi objawione nie tylko w religii katolickiej, ale i w judaizmie. W przypadku obrazów w kościołach katolickich również trudno mówić o wizerunku Boga Ojca (oko w trójkącie to jedynie reprezentacja symboliczna). Bóg jest dla człowieka tajemnicą, nie ukazuje się (chyba że pod postacią nieantropomorficzną, np. krzewu ognistego), więc żaden wizerunek nie jest w stanie oddać jego „wyglądu” bez ryzyka przekłamania. Co innego Jezus Chrystus, który jako Syn Boży (druga Osoba Trójcy św.) objawił się w ciele, wiemy, jak wyglądał, mamy nawet jego „zdjęcie” na Całunie z Turynu. Podobnie Maryja – była w pełni człowiekiem i jej wygląd nie jest żadną tajemnicą. A co do sformułowania „nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył”, tu bardziej chodzi o robienie posągów rozmaitych bożków i oddawania im czci, czyli o rozwinięcie przykazania I „nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Pozdrawiam serdecznie!

        • Hm…. A czy w przypadkiem w Kaplicy Sykstyńskiej nie ma na freskach wizerunku Boga Ojca (przedstawionego jako brodatego mężczyznę, który dokonuje stworzenia człowieka?)

          No i dlaczego głowy Kościoła już na początku procesu tak zwanej chrystianizacji zmieniły dość istotnie treść przykazań, znanych ze starego testamentu? (podany przeze mnie przykład był tylko jednym, gdyż zmian treści było więcej).

          😉

          • Ja nie slyszalam aby ktos jezdzil do Kaplicy Sykstynskiej modlic sie do fresku. Nie znam tez nikogo kto w moim otoczeniu uwazalby ze obraz=bog.

          • Chyba troszkę odwraca Pan/Pani kota ogonem 🙂 W przytoczonym przeze mnie tekście przykazań jest jasno napisane „Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią”. Właśnie dlatego w synagogach nie ma żadnych obrazów ani rzeźb. Podobnie jest w meczetach – są tam tylko motywy roślinne, ale nie ma żadnych obrazów Boga, ani jego proroków, ani nawet nie przedstawia się zwierząt. Tak właśnie według znawców brzmiał oryginalny fragment przykazań, czy nam się to podoba, czy nie. Natomiast na początku procesu chrystianizacji przykazanie to było dla kościelnych władz wyjatkowo niewygodne, bowiem utrudniało chrystianizację wśród plemion uznawanych na pogańskie (także na terenie naszego kraju). Usunięto więc to przykazanie, bo dzięki temu łatwiej było Kościołowi zmienić np. słowiańską wiarę politeistyczną, charakteryzującą się w liczne posagi i drzeworyty bóstw, na religię monoteistyczną, jednak również charakteryzującą się licznymi posągami i kultem świętych. Właśnie dlatego już od samego początku niezwykłym powodzeniem cieszyły się wszelkie posążki, rzeźby świętych i liczne obrazy. Ze strony Kościoła był to sprytny manewr psychologiczny – zamieniono jedne posągi na inne, tak, aby pogańska ludność łatwiej była się w stanie przestawić. Bowiem pogańskie plemiona od wieków kłaniające się przed posągami nie były w stanie zrozumieć, dlaczego nagle mają oddawać cześć bóstwu, którego nie widzą. Również ważne święta katolickie zostały ustanowione w takich datach, aby pokrywały się ze świętami pogańskimi i aby łatwiej było przekabacić chrystianizowaną ludność na nową religię. Na przykład obchodzone przez nas Święta Bożego Narodzenia wypadają 25 grudnia wcale nie dlatego, że Chrystus się wtedy urodził, ale dlatego, że na początku naszego tysiąclecia dnia 25 grudnia obchodzono ważne pogańskie święto równonocy. Efekty tych sprytnych zabiegów widoczne są po dzień dzisiejszy – są to właśnie daty ważnych świąt katolickich, rzeźby i freski w świątyniach, tradycja przedstawiania świętych na obrazach itp, a także kultywowane po dzień dzisiejszy procesje z figurami oraz stawiane często przy drogach kaplice z posągami Chrystusa i Matki Boskiej. Notabene wielokrotnie w sowim życiu widziałam ludzi, głównie starszych, kłaniających się przydrożnym posągom (mnie na lekcjach religii uczono wykonywania znaku krzyża za każdym razem, gdy obok takiego posągu przechodziłam, kazano mi też podczas pielgrzymek całować nogi kamiennej figury). I nie jest to żaden mój wymysł, tylko fakty, potwierdzone przez historyków zajmujących się tymi zagadnieniami. Tak naprawdę religia katolicka i kultywowane przez nią praktyki są wręcz naszpikowane rozmaitymi zapożyczeniami z wierzeń pogańskich. Nawet to nasze ubieranie choinki w Święta, które wszyscy tak uwielbiamy, zostało zapożyczone z pogańskiego zwyczaju. A modyfikacja przykazań to nic innego, jak potwierdzenie faktu, że panującym ówcześnie papieżom nie chodziło wcale o głoszenie prawdy o Bogu zawartej w Piśmie Świętym, tylko o naginanie tej prawdy do własnych celów. Polecam też przeanalizować, jak mocno na przestrzeni wieków zmienił się przekład i interpretacja Pisma Świętego – te zmiany w przekładzie to bardzo, ale to bardzo interesująca lektura… Pozdrawiam

          • Bardzo ciekawe Emilio rzeczy piszesz, az sobie chyba notke z tego sporzadze. Nigdy wczesniej nie zastanawialm sie nad tym, czy w synagogach sa jakies wizerunki, ale jesli nie ma, to swietny przyklad na to, ze w judaizmie skrupulatnie przestrzegano tego (usunietego) przykazania.
            O poganskim pochdzeniu wielu (jesli nie wszystkich) rytualow w KK wiem od dawna.

            A przy okazji- co sadzisz Emilio i czy natknelas sie na jakies sensowne wytlumaczenie symbolu oka w trojkacie? Ja czytalam tu i tam, ze ten symbol iluminatow mialby swiadczyc o zwiazkach kosciola z nimi, ale nie wiem czy to troche nie jest naciagane.

          • Wiesz co, nigdy nie szukałam informacji dotyczących genezy symbolu oka w trójkącie. Wiem tyle, co mnie nauczono na lekcjach religii. Ale generalnie uważam, że szukanie informacji na temat genezy i rozwoju religii chrześcijańskiej to wyjątkowo ciekawa lektura – można się dowiedzieć niesamowitych faktów, o których nigdy nie mówi się na lekcjach historii czy religii, zapoznać się z mechanizmami kierującymi nie tylko religią, ale i władzą, czy nawet całymi społeczeństwami, a przy okazji jeszcze przestudiować niezwykłe spektrum ludzkich zachowań. Swego czasu trochę się tym interesowałam i każdemu polecam – bardzo wciągająca lektura 😉 Chociaż z drugiej strony niełatwa… Prawda może boleć, zwłaszcza tych, którzy na co dzień kultywują chrześcijańskie obrzędy – z tego względu chyba nie jest to lektura dla każdego.

        • „tu bardziej chodzi o robienie posągów rozmaitych bożków i oddawania im czci, ”

          A w czym posąg jest lepszy od innego wizerunku np. obrazu?
          A co do odwzorowan postaci Jezusa, np. figurki to mysle ze smialo mozna zaadresowac ten fragment ks. Izajasza, a zatem STarego Testamentu:
          „Rzeźbiarz robi pomiary na drzewie, kreśli rylcem kształt, obrabia je dłutami i stawia znaki cyrklem; wydobywa z niego kształty ludzkie na podobieństwo pięknej postaci człowieka, aby postawić go w domu.” (rozdzial. 44 w. 13, warto przeczytac fragmenty przed i po)
          http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=516

      • A Święta Siostra Faustyna? Ona wręcz usłyszała od boga prośbę i wskazówki do stworzenia jego obrazu. To byłoby niezgodne z przykazaniami, gdyby to co według Pani jest „prawdziwym przykazaniem”.

        • Nie mówię, co jest „według mnie”, tylko co jest „według historyków”. Mówię jedynie o faktach, znanych nam z opinii biblioznawców, a interpretację pozostawiam każdemu dowolną. A fakt jest taki, że treść przykazań na przestrzeni dziejów została zmodyfikowana i obecnie różni się od oryginalnego zapisu pochodzącego ze starszych źródeł. Zresztą, jeśli ktoś jest tym aspektem zainteresowany, to na pewno dotrze do źródeł i znajdzie więcej rzeczowych informacji na ten temat. Pozdrawiam.

          • Ok, mój błąd, ale proszę przemyśleć sprawę siostry Faustyny, a historykom nie zawsze wierzyć 😉

          • Szczerze mówiąc mam dylemat, czy bardziej wierzyć historykom, czy siostrze Faustynie 😉 Na szczęście nie mam potrzeby aż tak się dzisiaj w to zagłębiać 🙂 Pozdrawiam serdecznie.

          • Proszę więc poczytać i o niej albo może w przyszłości jej dzienniczek? Niektóre sprawy to tak czy inaczej temat nigdy niemogący się skończyć i rozwiązać, a jak jest dowiemy się pewnie po śmierci, a tymczasem wiara pozostaje wiarą a nie wiedzą 🙂 Pozdrawiam również całą rodzinę!

          • Również gorąco pozdrawiamy! 🙂

          • Zgadzam się z Tobą Emilio w 100%.
            Dla tych którzy nie znają za bardzo historii lub są zindoktrynowani przez religię katolicką napiszę kilka informacji:

            Religię katolicką założył cesarz Galeriusz edyktem tolerancyjnym w 311roku, która to został potwierdzony przez cesarzy: Konstantyna, rządzącego na zachodzie, i Licyniusza, panującego we wschodniej części imperium, podczas ich spotkania w 313 roku w Mediolanie. W 381 roku za panowania cesarzy Gracjanusa i Teodozjusza religia powszechna (katolicka) została uznana za oficjalną religię państwom.
            Wracając do roku 313, to decyzja Konstantyna potwierdzająca edykt, była wybiegiem polityczno-gospodarczym, mającym na celu posłużenie się ówczesną „chrześcijańską” religią do scementowania swego rozpadającego się imperium. W tym celu przyznał rzekomym chrześcijanom wolność religijną i nadał ich klasie duchownych pewne przywileje pogańskiego kapłaństwa.
            The New Encyclopaedia Britannica podaje: „Konstantyn wyprowadził kościół ze stanu izolacji wobec świata i skłonił do przyjęcia odpowiedzialności za społeczeństwo, ułatwiając mu też pozyskanie pogańskiej części społeczeństwa”.

            No właśnie, ci tak zwani „ojcowie kościoła” III i IV wieku pomieszali naukę Biblii z pogańskimi zwyczajami i przyczynili się do wielu odstępstw, które w roku 325 na soborze w Nicei zostały prawnie usankcjonowane. Po soborze głoszenie prawdziwie ortodoksyjnej i czystej apostolskiej nauki było surowo zabronione. Sobór orzekł również, że sprzeciwiający się nicejskiemu wyznaniu zostaną skazani na wygnanie.

            Także fakty historyczne dotyczące samego Konstantyna Wielkiego ukazują całkiem inne oblicze cesarza, niż te przeinaczone przez katolickich historyków, opiewających cudowne czyny i nawrócenie Konstantyna, który w rzeczywistości był bałwochwalcą i mordercą w niczym nie ustępującym cesarzowi Doklecjanowi. Pod pozorem nie zachowywania chrześcijańskiej moralności, cesarz wszczął krzykliwą kampanię przeciw heretykom, czyli przeciw tym, którzy nie chcieli zachowywać zwyczajów świętej religii Rzymu, oskarżając niewygodnych sobie ludzi o niemoralność cesarz stwarzał podstawę do ich wygnania lub likwidacji. Zupełnie fałszywy obraz cesarza Konstantyna przekazał potomnym Euzebiusz z Cezarei, który schlebiał cesarzowi dla własnej kariery. Także Biskupi nowej religii prześcigali się w pochlebstwach i obdarzyli cesarza honorowymi tytułami jak. „Apostoł Chrystusa“, „Posłaniec Boga“, „Wysłannik Nieba“, „Biskup Kościoła“, a szczytem tych pochlebstw było uhonorowanie cesarza tytułem „religionis et fidei auctor“, co znaczy: „Wierny Pomnożyciel religii“. Te bałwochwalcze pochlebstwa biskupów nowej państwowej rzymskiej religii katolickiej, były niczym innym jak pożądaniem nowych bogactw, których za pochlebstwa spodziewali się od cesarza otrzymać.

            Mniej więcej 20 lat później, cesarz Teodozjusz I zakazał praktykowania religii pogańskiej i obwołał trynitarne „chrześcijaństwo” religią państwową cesarstwa rzymskiego.
            Trafnie opisał to francuski historyk Henri Marrou:
            „Chrześcijaństwo, a ściślej mówiąc — ortodoksyjny katolicyzm, stało się pod koniec panowania Teodozjusza oficjalną religią całego świata rzymskiego”.

            Tak więc prawdziwy chrystianizm został wyparty przez ortodoksyjny katolicyzm, który zaczął „należeć do świata”. Ta religia państwowa ogromnie się różniła od religii pierwszych naśladowców Jezusa, do których sam Jezus powiedział: „Nie należycie do tego świata” (Jana 15:19).

            Powody tych zmian i odstępstw były i są wciąż te same: Władza i kasa…, kasa…, kasa…..

            To tak w skrócie opisałem około 200lat. Ci którzy mówią o „wspaniałej historii” religii katolickiej kłamią, lub nieświadomie powtarzają nieprawdę. To co ja znam i co widzę, to ludzka pycha, żądza władzy i pieniędzy – jeden wielki wstyd.

            Zwierzchnicy religii katolickiej nazywają siebie „kościołem katolickim”, ale nie ma on nic wspólnego z tym jedynym Kościołem założonym przez Chrystusa i z Chrześcijaństwem.

            Niech was Bóg błogosławi.

        • A kto powiedział że Faustyna usłyszała to polecenie od Boga, a nie raczej od demona? Boże Przykazania są wieczne i niezmienne! Jeżeli idziemy na jakikolwiek kompromis tak jak tutaj z Faustyną to nagle pojawia się nowe przykazanie o sporządzeniu obrazu pochodzące od demona, nie od Boga. BÓG powiedział raz i bardzo wyraziście ZABRONIŁ czynienia obrazów i rzeżb, jakichkolwiek, nigdy i pod żadnym pozorem!!!

          • Sluszna uwaga. Tez o tym pomyslalam. Zreszta trafnie w Bibli powiedziano : „Wszystko, co mówią, przyjmuje niemądry,
            a człowiek rozumny na kroki swe zważa” 😀
            (ksiega Przyslow rozdz. 14. w. 15)

        • Czy Bóg może zaprzeczyć sam sobie? Oczywiście że nie. Drugie przykazanie Boże w dekalogu brzmi: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu…” (2M.20,4) to czy ten sam Bóg zleciłby wbrew samemu sobie wykonanie obrazu? Jestem przekonany że nie. Słowo Boże nas ostrzega i poucza że „szatan przybiera postać anioła światłości” (2Kor.11,14) oraz daje przykład postępowania w mieszkańcach Bareji, którzy „codziennie badali Pisma, czy istotnie tak jest” (Dz.17,11) czego widocznie Faustyna nie uczyniła. Kto w takim razie ukazał się Faustynie?
          Odpowiedzcie sobie sami.

          Z Bożym błogosławieństwem (SK)

    • „Tak jak ktoś już pisał, też uważam, że nie jest prawdą, że wszystkie religie prowadzą do jednego Boga”.

      Pozwole sobie pod ´tym sie podpisac. Jest chyba okolo kilku tysiecy religii, a w obrebie jednej religii czesto zdarza sie ze jej czlonkowie maja swoj wlasny poglad na ten czy inny dogmat, czy nauke. Na dobra sprawe mozna przyjac, ze kazdy sobie w cos tam wierzy po swojemu. Nawet tutaj, w tej dyskusji na 150 wpisow wyraznie widac, ze nawet w obrebie religii KK sa roznice swiatopogladowe. Jest okolo 8 miliardow ludzi, tak? I kazdy sobie jakos tam wierzy po swojemu; niekiedy te wierzenia sa wyraznie sprzeczne; zas zgodnie z zasadami logiki dwa sprzeczne twierdzenia nie moga naraz byc prawdziwe, wiec ktorys sie myli, a moze obydwa. Technicznie rzecz biorac, nie ma zatem takiej mozliwosci, by wszystkie religie prowadzily do jednego Boga. To antylogia.

      • W mojej wypowiedzi chodziło o to, że ja sama wierzę w istnienie tylko jednego Boga. Oznacza to, że w moim odczuciu wszystkie religie w jakiś sposób do niego prowadzą, mimo, że poszczególne wierzenia i światopoglądy diametralnie się od siebie różnią – religie są różnym sposobem, różną drogą na zgłębienie tajemnicy tego samego Boga (chociaż inaczej nazywanego, inaczej wyobrażanego i inaczej opisywanego). Skoro ja zakładam istnienie tylko jednego Boga, to jest logiczne, że odrzucam możliwość, aby inne religie prowadziły człowieka do innych bogów. Skoro w mojej opinii inni bogowie po prostu nie istnieją, to ostatecznie żadna religia, nawet politeistyczna nie może człowieka do nich zaprowadzić. Podkreślam jednak wyraźnie, że jest to wyłącznie moja subiektywna opinia – cały tekst był moim subiektywnym odczuciem, więc jest on tylko przedstawieniem mojego światopoglądu, a nie żadną wyrocznią czy prawdą objawioną. To po prostu moja opinia – jedna z 8 miliardów innych opinii…

        • Zapomnialam okrasic moj wpis jakims emotikonem i wyszedl taki smiertelnie powazny i mentorski wywod . Przepraszam 🙂

          • Faktycznie wzięłam go bardzo na poważnie 🙂

    • „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. To powiedział ucząc w synagodze w Kafarnaum”.
      Ludzie nie znają siły eucharystii 🙂 Oto wielka tejemnica wiary! Króluj Nam Chryste!

      • Moim zdaniem nauczanie Chrystusa było jedną z najpiękniejszych nauk, jakie widział świat. On nauczał pokoju i miłości, czyli tego, czego we współczesnym świecie bardzo brakuje… Nie mam zaufania do KK i wściekam się na niego za obłudę, dogmatyzm i popełnione na przestrzeni wieków zbrodnie. Ale umiem oddzielić KK od Ewangelii – bo ta druga warta jest poznania. Przynajmniej w mojej opinii. Pozdrawiam serdecznie Paweł, uściski dla Oli i Antosia.

    • Ten wpis to kwintesencja mojego życia, Boga, którego Obecności doświadczam, Kościoła, który niejeden raz mnie skrzywdził i zdradził – i raz jeszcze Boga, który zadane rany skutecznie leczy. Nie znam innego Boga, który by był miłością, nie znam przesłania piękniejszego i wartościowszego od Ewangelii.
      Nic jednak nie zastąpi momentu POZNANIA, chwili, w której otwierają się oczy, a serce zalewa fala nieopisanej miłości, takiej, że żadna inna jej nie zastąpi.
      Znam takie doznanie.
      Tęsknię, bo jest rzadkie i jedyne w swoim rodzaju.
      Bo ono jest Obecnością.

      On czyni mnie innym człowiekiem, jeśli tylko jestem blisko, off-line.
      On jest dobrem we mnie, On we mnie kocha.
      A ja kocham Jego.
      Czasem to miłość kaleka.
      Ale i taką Bóg przyjmuje:)

      I Szustak, tak, Szustak. Nie fascynuje mnie CZŁOWIEK, fascynuje jego znajomość Biblii (w językach oryginalnych), mnóstwo z tego dla siebie biorę, całymi garściami. I czuję, jak pulsuje we mnie życie, życie Boga. Czuję, że piję ze źródła.

      Emilio, jestem z Tobą od dawna. Szanuję, podziwiam, jesteś mi szalenie bliska. Poproś Boga, aby uleczył Twoje straszliwe religijne traumy, poproś, żeby Cie poprowadził, posłuchaj Szustaka i jemu podobnych.
      On jasno mówi, jacy są dzisiejsi pasterze i żniwiarze. On niczemu nie zaprzecza.
      I pomaga odnaleźć sie w tym gąszczu.
      To człowiek, który samodzielnie myśli.

      Po tym, co przeszłam nigdy się nie zwolnię z samodzielnego myślenia.
      Od Ciebie też nikt nie ma prawa tego wymagać.
      Szukaj.
      Znajdziesz, mówię Ci – znajdziesz!
      A raczej… zostaniesz odnaleziona:)

      Ściskam ciepło, ślę całusy dla Kuby i Laurki, podchoinkowa gra z waszego sklepu bardzo, bardzo się podobała!
      :***

      • Jak dobrze przeczytać takie słowa. Bóg wlewa się wielką falą, kiedy tylko człowiek przestaje w sobie pielęgnować urazy do kogokolwiek. „Jeśli ty dasz mi trochę, ja dam ci dużo. Jeśli ty dasz mi dużo, ja dam ci dużo więcej. Jeśli ty dasz mi wszystko, ja dam ci WSZYSTKO.” Pozdrowienia dla Emilii i Laury, jesteście wspaniałe.

  19. Dziękuję ludziska za szczere i merytoryczne wypowiedzi pod postem, Wasze osobiste relacje oraz poglądy przedstawione z poszanowaniem odmienności drugiego człowieka – właśnie tego chciałam! Jestem w szoku, że pod wpisem w gruncie rzeczy dość kontrowersyjnym, jest aż taka kulturka. Ponad 150 komentarzy i prawie żadnego hejtu, mimo, że wpis dotyczy religii – tematu wywołującego zazwyczaj ogromne emocje. Jak widać można się pięknie różnić i rozmawiać ze sobą nawet na trudne tematy, a przy okazji nawzajem czegoś się od siebie nauczyć. Jeszcze raz dziękuję wszystkim osobom biorącym udział w dyskusji – chciałabym mieć taki poziom rozmowy pod każdym postem! Wasze opinie to wspaniały przekrój różnych punktów widzenia. Pozdrawiam!

    • „Dziękuję ludziska za szczere i merytoryczne wypowiedzi pod postem, Wasze osobiste relacje oraz poglądy przedstawione z poszanowaniem odmienności drugiego człowieka – właśnie tego chciałam! Jestem w szoku, że pod wpisem w gruncie rzeczy dość kontrowersyjnym, jest aż taka kulturka. Ponad 150 komentarzy i prawie żadnego hejtu, mimo, że wpis dotyczy religii – tematu wywołującego zazwyczaj ogromne emocje. Jak widać można się pięknie różnić i rozmawiać ze sobą nawet na trudne tematy, a przy okazji nawzajem czegoś się od siebie nauczyć. Jeszcze raz dziękuję wszystkim osobom biorącym udział w dyskusji – chciałabym mieć taki poziom rozmowy pod każdym postem! Wasze opinie to wspaniały przekrój różnych punktów widzenia. Pozdrawiam!”

      No bo na szczęście hejterzy są zbyt ograniczeni umysłowo, aby brać udział w takich dyskusjach.

      • To znaczy, że muszę częściej poruszać trudne i poważne tematy 😉

  20. Drogia Emilio,

    aż ciśnie sie na klawiature, aby własnie do Ciebie napisac ,, Bój sie Boga Dziewucho !”…
    ale do rzeczy: to co piszesz o ksiedzu – u mnie szkole podstawowej w latach 80 było na porządku dziennym z nauczycielami – czy mam nie puszczać dziecka do szkoły ? …
    Być moze nie spoboba sie Tobie to co napisze, ale staram się być grzeczna wobec Ciebie, nie jestem zadnym hejterem, wrogiem czy zazdrośnicą. Jestem Waszą czytelniczką, wiernie kibicuje Laurze, a nawet wraz z mężem wspieramy ją i jesteśmy z tego dumni.
    Temat wiary, jak zapewne sama wiesz jest tematem wrażliwym, łatwo urazić czyjeś uczucia, łatwo rozpętać falę nienawiści i chór wturujących ,,bab”. To tylko moje, skromne zdanie – nie powinno sie poruszać tego tematu w miejscu publicznym.To że to zrobilaś nie swiadczy jak tu piszą o ODWADZE, a o SŁABOŚCI… niestety.

    Nikt z nas nie odpowie Ci na pytanie jak wychowach Laure i jaki obraz Boga jej malować, Ty sama musisz to zrobić. Nikt z nas nie ma prawa niczego narzucac, nikt z nas nie prawa dawać wskazówek i nikt z nas nie może karcić Ciebie za to że odeszłaś od wiary. To Twoje życie.
    Ja nie wierzę w księdza, ja wierzę w Boga…. Pewnie że nie podoba mi sie to w jaki sposób sie zachowują, mówie o tym, rozmawiam – ale nie z internetem a z rodziną, przyjaciółmi, za zamkniętymi drzwiami. W moim życiu to właśnie pewien ksiądz utwierdził mnie w przekonaniu że podjęliśmy słuszna decyzje w staraniach o dziecko, choć inny głośno z ambony krzyczał NIE WOLNO!…
    Wszystko jest kwestia naszego sumienia.

    Słusznie czytelnicy zauważają, piszesz o sobie.. może przemyśl czy tak ma wygladac pamietnik Laury ? Jesteś częścią Jej życia, wiem… ale z pewnościa rozważania o niegodnych klerykach już nie.

    a teraz…na koniec.. czy w czasie tych strasznych chwil, kiedy toczyła sie nierówna walka o życie Laury, kiedy prawie ja straciłaś.. czy po fali buntu i gniewu na Boga, nie prosiłaś Go aby Ją uratował ? czy nie pomyslalaś ,,dzięki Ci Boże, że Laura żyje…”
    jeśli tak, to przemyśl czy warto to wszystko pisać…
    Czy masz pewność że w Twoim życiu nie będzie już chwili w ktorej będziesz błagała Boga o życie, zdrowie czy szczeście dla córki ????

    Bo ja, ja mam pewność że będzie.

    Spokoju życzę, wygranej w walce o zdrowie i wyboru własciwej drogi.
    pozdrawiamy

    • Droga Agnieszko,

      Postaram się odnieść do Twoich zarzutów:

      1. „To co piszesz o ksiedzu – u mnie szkole podstawowej w latach 80 było na porządku dziennym z nauczycielami – czy mam nie puszczać dziecka do szkoły ?”

      Moim zdaniem ten argument nietrafiony. Nie można porównywać szkoły do życia duchowego człowieka. Szkołę zmieniamy w życiu kilka razy, a jako dorastające osoby możemy sobie szczegółowo wybrać, a nawet kilkakrotnie zmienić kierunek naszej nauki. Natomiast wiara jest zazwyczaj jedna, kształtowana w nas przez naszych rodziców oraz otoczenie, a następnie weryfikowana przez nas samych w dorosłym życiu. Życie duchowe człowieka to nie to samo, co lekcja fizyki czy matematyki. Prawa fizyki czy matematyki są stałe, a to, jaki nauczyciel ich uczy, nie zmieni ich stałości. Natomiast wiara to nie jest coś, co można dotknąć, zapisać wzorem matematycznym czy potwierdzić reakcją chemiczną (przynajmniej nie w obecnych czasach) – to jest coś diametralnie różnego on nauki szkolnej. Sposób, w jaki się nam tę wiarę przedstawi w dzieciństwie może mieć ogromny wpływ na nasze dalsze życie – dlatego Twoje porównanie moim zdaniem jest nietrafione.

      2. „Temat wiary, jak zapewne sama wiesz jest tematem wrażliwym, łatwo urazić czyjeś uczucia, łatwo rozpętać falę nienawiści i chór wturujących ,,bab”. To tylko moje, skromne zdanie – nie powinno sie poruszać tego tematu w miejscu publicznym.”

      Pisząc ten post starałam się nie obrazić niczyich uczuć religijnych, a jedynie pisać o swoich własnych uczuciach. I biorąc pod uwagę reakcję większości ludzi, chyba mi się to udało. Nie ma tu żadnej fali nienawiści ani chóru wtórujących „bab”, jak to określiłaś. Są za to szczere opinie, osobiste relacje i merytorycznie przedstawione różne punkty widzenia. Ponad 150 komentarzy i prawie żadnego hejtu, nienawiści też nie zauważyłam – zamiast tego jest wspaniały przekrój ludzkich opinii na poruszony przeze mnie temat. Moim zdaniem jak najbardziej należy mówić o trudnych sprawach w sferze publicznej, korzystając z jakże cennego i okupionego krwią naszych przodków prawa do wolności słowa. Na szczęście minęły już czasy, gdzie o ważnych rzeczach mówiło się szeptem za zamkniętymi drzwiami, a oficjalnie jedynie robiło się dobrą minę do złej gry. Dziś można, a nawet trzeba poruszać trudne tematy w sferze publicznej, angażując przy okazji innych ludzi do rozmaitych przemyśleń, dzieląc się z nimi własnymi poglądami i czerpiąc jednocześnie z ich doświadczeń. A tak swoją drogą ciekawe, jaki byłby teraz efekt walki KK z pedofilią, gdyby nie zaczęto trąbić o tym w mediach i debatować na te temat w sferze publicznej…

      3. „Nikt z nas nie odpowie Ci na pytanie jak wychowach Laure i jaki obraz Boga jej malować, Ty sama musisz to zrobić.”

      Ależ tak! Toteż nikogo tu nie proszę o porady w tej sprawie czy o podanie mi na tacy odpowiedzi na moje pytania. Piszę jedynie o swoich wątpliwościach i dzielę się z ludźmi swoimi przemyśleniami, ale przecież nie oczekuję on nikogo gotowych rozwiązań.

      4. „Słusznie czytelnicy zauważają, piszesz o sobie.. może przemyśl czy tak ma wygladac pamietnik Laury? ”

      Już to sobie dawno przemyślałam, a obecny charakter bloga jest właśnie efektem tych przemyśleń. To nigdy nie był pamiętnik Laury (ona jeszcze nie umie pisać), tylko mój pamiętnik pisany dla Laury – a do przekazania mam mojej córce naprawdę wiele i chciałabym, aby w przyszłości wiele z tego bloga wyniosła. Blog się zmienił, zmieniłam się ja, zmienił się stan zdrowia Laury i zmieniło się całe nasze życie. Nie będzie tu już jedynie wpisów o chorobie czy samych zabawnych historyjek z życia Laury, okraszonych słodkimi zdjęciami córki – jest już wystarczająco dużo tego typu blogów. W naszym życiu jest teraz o wiele więcej tematów do poruszenia, a ja mam przez to więcej do powiedzenia. Dlatego od czasu do czasu będą się tu pojawiały wpisy na wzór felietonów, w których będę poruszać rozmaite ogólne zagadnienia, do których opisania zainspirowało mnie wychowanie mojego dziecka. Od zawsze byłam autorką tego bloga i tylko ja mam prawo decydować, jaką blog będzie miał formę i w którym pójdzie kierunku. Poza tym i tak nie ma znaczenia, jaki blog obierze kierunek, bo i tak zawsze każdy mój wybór będzie krytykowany. Bowiem jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził.

      5. „a teraz…na koniec.. czy w czasie tych strasznych chwil, kiedy toczyła sie nierówna walka o życie Laury, kiedy prawie ja straciłaś.. czy po fali buntu i gniewu na Boga, nie prosiłaś Go aby Ją uratował? czy nie pomyslalaś ,,dzięki Ci Boże, że Laura żyje…”

      Droga Agnieszko, czy Ty aby na pewno przeczytałaś mój wpis na temat religii w całości? Mam wrażenie, że podjęłaś się jego krytyki, jeszcze przed jego przeczytaniem… Przecież w poincie wyraźnie zaznaczyłam, że wierzę w Boga i jestem przekonana, że to właśnie On uratował życie mojej córki, gdy strasznym głosem rozpaczy do niego wołałam. Dlatego nie bardzo rozumiem, co chciałaś przez to powiedzieć…

      Również życzę spokoju i serdecznie pozdrawiam

      • Emilio,
        nie będę odnosiła się do tego co napisałaś w całości , szkoda czasu. Tym bardziej dziwie sie Tobie że chce Ci sie pisać elaboraty mając dziecko które Ciebie potrzebuje.

        Po co zatem możliwosc zostawienia komentarza, jeśli do Ciebie przemawia głos tych, którzy przyklasują na to co piszesz ?

        Nie używaj proszę słów, ktorych nie rozumiesz, wiesz co oznacza słowo ,,zarzut” ?
        niczego Tobie nie zarzucam, ba… raczej Twoja odpowiedz jest pewnego rodzaju zarzutem.

        czytając choćby to :

        ,,Czytałam dużo o chrześcijaństwie, o judaizmie i o buddyzmie, słuchałam słów osób uważanych w swych środowiskach za oświecone oraz rzekomo dotykających doświadczeń z pogranicza metafizyki, nauczyłam się medytacji, a tym samych schodzenia na coraz głębsze pokłady własnej świadomości. Ale nic mi to nie dało, bo im mocniej szukam prawdy, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że nie mam najmniejszych nawet szans na jej odnalezienie”

        śmiało mogę powiedzieć, że nie wierzysz w Boga, być może chciałabyś – ale nie wierzysz.

        Czytając Twoje wpisy można odnieść wrażenie że potrzebujesz odcięcia od mediów, takie wakacje od bloga…
        Bo ja i moja rodzina z całą pewnością na nie idziemy.

        Pozdrawiamy,

        • „Emilio, nie będę odnosiła się do tego co napisałaś w całości, szkoda czasu. Tym bardziej dziwie sie Tobie że chce Ci sie pisać elaboraty mając dziecko które Ciebie potrzebuje”

          Agnieszko, wybacz, ale to chyba jakaś hipokryzja – przyznam, Twoje zachowanie jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Najpierw zajmujesz mi czas pisząc do mnie dość obszerny komentarz, a gdy z kolei ja poświęcam własny czas na odpowiadanie Tobie, to wtedy Ty się oburzasz, że tracę czas na elaboraty, zamiast zajmować się dzieckiem… No wiesz, trochę przeczysz sama sobie. Jeśli tak bardzo martwisz się moim czasem i moim dzieckiem, to po co w takim razie zamieszczasz długi komentarz, sugerując jeszcze, że powinnam sobie coś tam przemyśleć? Twoja reakcja jest dla mnie delikatnie mówiąc dziwaczna, zwłaszcza, że odniosłam się do Twojego komentarza w sposób rzeczowy i kulturalny, nie obrażając ani Ciebie, ani nikogo innego.

          No i jeszcze na koniec strzelasz focha, oznajmiając mi, że Ty i Twoja rodzina robicie sobie wakacje od mojego bloga. Ależ proszę bardzo, jeśli Taka jest Twoja wola. Tylko po jakiego grzyba, oznajmiasz mi to, zabierając kolejny czas, który Twoim zdaniem tracę?

          Czy ja na pewno rozmawiam z osobą dorosłą? Wybacz Agnieszko, ale wyczuwam tu małą dziecinadę. Jeśli nie podoba Ci się mój blog, to przecież nie musisz go czytać – możesz poświęcić czas na coś w Twoim odczuciu bardziej wartościowego. Ale daruj sobie proszę te morały, ok? Obie zaoszczędzimy na cennym czasie 😉

          PS. „śmiało mogę powiedzieć, że nie wierzysz w Boga, być może chciałabyś – ale nie wierzysz.”. Zazdroszczę nadprzyrodzonej umiejętności czytania w ludzkiej duszy – jesteś pierwszą osobą, która wie lepiej ode mnie, w co ja sama wierzę…

          Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego

        • Do Agnieszki ! Moze nie jestes hejterem ale za to zlosliwa …… [usunięte przez: Admin]. Wlasnie do Ciebie trzeba powiedziec „Boj sie Boga dziewucho” czego sie czepiasz? Czytaj te wpisy jako kolejny rozdzial
          ksiazki a nie mozliwosc docinania.I jeszcze nie dawaj rad bo mysle ze autorka bloga ich nie potrzebuje.Po za tym jestes butna i bezczelna w tej lukrowanej wypowiedzi.Masz racje w jednym idz na urlop a to w kogo i w co wierzy zostaw im samym.Amen i Alleluja!

    • Współczuję mężczyznie, który musi życ z taką Agnieszką. CHyba, że ma urodę Agnieszki Maciąg (w co wątpię), to jeszcze to zrozumiem. Aż zęby bolą od braku czytania ze zrozumiemiem, infantylizmem zarzutów wobec Emilii, brakiem precyzji w argumentacji i takim typowym „babuchowatym” jazgotem. O ja… Emilio, nie wdawaj się w te intelektuane pierdy. Dyskusja jest fajna, ale pod warunkiem, że obie osoby mają zbliżony poziom intelektualny…

      • Marto – Mokotów to, w jaki sposób wyrażasz się o osobach mających inne poglądy niż Twoje świadczy o tym, że Twój poziom intelektualny jest totalnie niski. Współczuję tym, którzy muszą znosić Cię na co dzień. To takie osoby jak Ty wprowadzają tu niepotrzebne zamieszanie swoimi zaczepnymi i obraźliwymi komentarzami.

      • I w tym momencie wkracza Marta- Mokotów, jak zwykle musi dodać swoje trzy grosze i obrażać innych…..

      • Agnieszka dała rozsądny komentarz, spokojny, merytoryczny, zrozumiały. Marta?masz jakieś problemy?,Rika a gdzie ta osoba napisała ze jej droga jest właściwa ? Czytaj ze zrozumieniem. Tak jak słusznie zauważyła czytelniczka tak dodam i ja- Urlop Emilio, urlop.

        • Uwielbiam, gdy ludzie:

          – mówią mi, jak mam żyć,
          – mówią mi, jak ma wyglądać mój blog,
          – mówią mi, co mam pisać,
          – mówią mi, kiedy mam jechać na urlop.

          Wasza troska o mnie po prostu bezcenna. Z serca dziekuję <3

          😉

          • Oczywiście, po co konstruktywna krytyka? Przecież można przytakiwać na to co piszesz, wtedy czujesz się swietnie. Jak ktoś ma inne zdanie pojawia się atak, obrażanie ( Marta z W-wki :)), brak akceptacji.
            Idę o zakład ze towarzycho przytakujące nie wsparło Laury w potrzebie, a takie które ma własne zdanie i grzecznie je wyraża.Pani Emilio, na własna odpowiedzialność rozpoczęła Pani ten wątek.

            Po co ta ironia?

          • Ta ironia po to, aby uzmysłowić Państwu, że znowu robicie z igły widły – zamiast pseudozadymki, ostatecznie wolę obrócić tę dyskusję w żart. Wątek rozpoczęła Pani Agnieszka, a nie ja, która podobno wypowiedziała się merytorycznie. Chciałabym zauważyć, że ja również odniosłam się do jej wypowiedzi jak najbardziej merytorycznie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby Pani Agnieszka nie strzeliła focha i nie zaczęła między innymi życzyć mi wakacji oraz ostentacyjnie żegnać się z blogiem. Bo te kąśliwe życzenia urlopu i żegnanie się z blogiem to już nie żadna merytoryka, a jedynie dziecinada – na zasadzie autorka ma inne zdanie, to zabieram zabawki z piaskownicy i wychodzę.

            Konstruktywna krytyka? Czytałam wypowiedzi socjologów, którzy twierdzą, że coś takiego nie istnieje. Oczywiście możecie tu Państwo uprawiać krytykę – pozwalam Wam na to od początku istnienia tego bloga. Byłoby mi jednak milej, gdyby ta krytyka zawsze była merytoryczna – nie tylko przy pierwszym komentarzu, ale także przy drugim i trzecim też. Nie zaś oparta na osobistych przytykach – bo gdy widzę takie metody prowadzenia dyskusji, jedyne, co mi pozostaje, to właśnie zaśmiać się ironicznie, pozdrowić wszystkich i życzyć dobrej nocy.

          • Pani Emilio
            Urlop zawsze się przyda 😀 !
            Szkoda, ze nie można wziąć dnia urlopu od życia 😉

        • Ja- jeśli według Ciebie Agnieszka napisała rozsądny i merytoryczny komentarz, na koniec strzelając fochem to właśnie Tobie radzę przeczytać ów komentarz raz jeszcze WŁAŚNIE ze zrozumieniem. Według mnie „zjechała” Emilię po całości, a po odpowiedzi Emilki na zarzuty, nie potrafiła sensownie odnieść się do jej słów, więc wychodząc z założenia (tak mniemam), że najlepszą obroną jest atak, w dość prostacki sposób poradziła Emilii urlop (sic!). Wcześniej jednak gorąco zapewniała jak to kibicuje, wspiera i pomaga. A potem zmiana frontu. Przecież to totalna niedojrzałość.

          • A dlaczego ktoś ma czytać bloga jeśli jest atakowany? Emilia potraktowała czytelniczkę dość obcesowo, ona jedynie grzecznie się pożegnała. Sorry, ale ta Agnieszka to tylko przykład osób które grzecznie wyrażają swoje zdanie a potem są atakowane, co miała odpisać p Emilii? Skoro Ta jasno dała do zrozumienia ze nie znosi krytyki i koniec, o czym tu rozmawiać? Co odpierać? Oj chciałabym aby ujawniła kim jest i co Laura otrzymała od nich, jakie wsparcie ?, może to zamknęłoby raz na zawsze buzie krzykaczom.Moze wtedy Ci którzy plują jadem podarowaliśmy Laurze to samo ? Dalej myśle, ze urlop nie jest takim złym pomysłem, urlop od bloga, totalne wyciszenie. Z mojej
            strony to tyle, pozdrawiam

          • 1. Przepraszam bardzo, a czy Pani lubi krytykę? Albo może zna Pani kogoś, kto ją lubi? To oczywiście jest pytanie retoryczne…
            2. Odniosłam się do zarzutów Pani Agnieszki w sposób kulturalny i rzeczowy – były w moim komentarzu same argumenty i nie było tam niczego obcesowego. Mimo to Pani Agnieszka postanowiła się obrazić i się pożegnać, a ja w związku z tym postanowiłam pożegnać ją, dostosowując swoją reakcję do jej reakcji.
            3. Nigdy ani Pani, ani ja się nie dowiemy, czy pani Agnieszka udzieliła kiedykolwiek wsparcia Laurze. Przypominam, że to jest Internet, gdzie każdy może pisać, co chce, a ja nie mam absolutnie żadnej możliwości, aby to zweryfikować.
            4. Zadziwiające, jak bardzo domagacie się Państwo prawa do krytyki mojej osoby (oczywiście zawsze konstruktywnej, jakże by inaczej…). A jednocześnie odmawiacie mnie samej prawa do obrony i oburzacie się, że mam czelność bronić swojego nazwiska i odnosić się do stawianych mi zarzutów. No cóż Proszę Państwa, jeśli liczycie na możliwość jechania po mnie, jak po łysej kobyle, to musicie sobie do tego celu znaleźć jakąś kobyłę. Ja jestem człowiekiem, a człowiek atakowany lub krytykowany ma prawo do obrony. Po prostu.

            Pozdrawiam

          • Do Ja- przyznam szczerze, że aż przykro się czyta Twoje wypowiedzi („towarzycho”) itp. A tak naprawdę nie masz pojęcia kto faktycznie pomaga Laurze a kto nie. To jest zawsze pomoc dobrowolna i nikt, absolutnie nikt nie musi tego robić, jeśli nie chce czy też nie może, a już tym bardziej spowiadać się z tego Tobie. I tak jak kiedyś pisałam- sztuką jest pomagać po cichu, a nie ogłaszać to wszem i wobec.

          • Szczerze mówiąc ja nie lubię krytyki. Czym innym jest dla mnie np. ocena mojej pracy, kiedy w głębi duszy wiem, co muszę poprawić, a czym innym mówienie jak żyć. Krytyka naszego życia, nas w sumie boli i rani. Myślę po przeczytaniu odpowiedzi na to, co pisała p. Agnieszka, że było to odpieranie zarzutów, a nie emocjonalny chaos. Nie znoszę natomiast komentarzy Marty Mokotów, która dla mnie jest hejterem komentujących. Ludzi dzieli na tych, których podziwia, lubi, szanuje i reszta kretynów i bezmózgowców. Owszem, kto jest bez winy niech rzuci kamieniem (myślę tu o sobie), ale te wyżej wspomniane komentarze aż ociekają wrogością.
            Myślę, że za parę lat Laura będzie miała z nas, czytelników niezły ubaw 🙂

      • Marto! Agnieszka w trosce i oburzeniu zastanawia sie dlaczego Emilka pisze elaboraty religijno filozoficzne zamiast poswiecic ten drogocenny czas dziecku ktore jej potrzebuje.Jest to typowy przyklad wrednej baby.W jej mniemaniu tylko ona jest nieskazitelna.Typ zloslwej tesciowej.

        • Emilio, język tu komentujących jest co najmniej rynsztokowy, jako czytelnik proszę o selekcje

        • Hexa, zgadzam się z Tobą. Mi się nawet nie chce uczestniczyć w dyskusjach pod wypowiedziami takich agnieszek. Ot, wyraziłam opinię podobnych do niej pieniaczach, nie potrafiących nawet czytac ze zrozumieniem (taki typ człowieka, który ledwo przeslizgnął się przez edukację szkolną, nie przekraczając minimum programowego potrzebnego, by zdac z klasy o klasy). To są takie kobieciny z którymi jest dyskusja w stylu:
          Pani X: ksiądz gwałcił moje dziecko przez kilka lat…
          Pani Pieniaczka: to moze nie posyłaj go na lekcję fizyki i chemii, bo pani od fizyki jest niemiła, a pan od chemii otyły.

          Typowa argumentacja takich kobiecin. Argumenty jak kule w płot, nieczytanie ze zrozumieniem, pieniactwo, dobre rady przeszyte bezczelnością i IQ na poziomie nierozgarniętego dresiarza. Tak to widzę, dlatego nie chciałoby mi się dyskutowac jak Emilia – kulturalnie, cytując, odpierając ataki, pisząc grzecznie i merytorycznie. Mądrzej podyskutuję ze swoim królikiem niz taką Panią Agnieszką.

    • Nie mam absolutnie zamiaru nikogo obrażać, ale gdy przeczytałam: „wyboru własciwej drogi”, od razu poczułam, że właśnie tego tak bardzo nie lubię u wielu katolików – uważania, że tylko ich droga jest właściwa… Nie, że chodzi o znalezienie w życiu WŁASNEJ drogi. WŁAŚCIWEJ. W domyśle: „tylko identycznej jak moja”.

  21. Witaj Emilko. Bloga zgłoś do konkursu. Ja osobiście dzięki Twojej sile walki o rehabilitację dla Laury zawalczyłam o wczesne wspomaganie rozwoju dla syna. I udało się od grudnia mały chodzi na zajęcia. Wreszcie ktoś pożądnie go zdiagnozował. Fakt że w prywatnej poradni psychologiczno-pedagogicznej, ale ważne są efekty a nie sposoby w jaki się je osiąga. I to Ty napisałaś na blogu, że czasem trzeba być wilkiem a czasem lisem. Dużo można się od Ciebie nauczyć. Wiem że niejednokrotnie już to pisano, ale jesteś przykładem człowieka, którego warto naśladować. Pozdrowienia ze Śląska

  22. Sprawa wiary , to sprawa bardzo osobista. Zycze powodzenia i wierze , ze bedzie dobrze. Co do zgloszenia blogu , to bardzo, bardzo wspieram. <3 Jest taki ludzki a jednoczesnie wspanialy pod wzgledem literackim ! <3

  23. Droga Emilio, śledzę Twojego bloga od prawie trzech lat. Od pierwszego dnia, gdy go odkryłam modlę sie za Laurkę i Wasza rodzine. Jestem katoliczka, ale nie praktykuje od ponad 8 lat, gdy to przeniosłam sie do Anglii. Mimo tego jestem osoba bardzo głęboko wierząca i zgadzam sie, ze wiara nie powinna być nikomu narzucana i każdy z nas musi wybrać własna drogę.
    Co do udziału w konkursie to musisz zgłosić swojego bloga, bo jestem przekonana, ze wiele osób sie nim dzięki temu zainteresuje. W ten sposób wlasnie ja natknęłam sie na Twojego bloga. Lubiłam oglądać Dzień Dobry TVN na ich stronie internetowej, bo tęskniłam za polska telewizja. Pewnego dnia obejrzałam wywiad z Martyna Wojciechowska, która o nim wspomniała i powiedziała, ze przeczytała go jednym tchem. Zajrzałam i nie przerwałam aż wszystko przeczytałam! Emilko masz niesamowity dar pisania, uważam, ze powinnaś wydać swojego bloga w formie książki (w rożnych językach) i na pewno byłby bestsellerem. Koniecznie zgłoś go do konkursu, zrób to dla Córeczki.
    Niech Bóg Was błogosławi i wspiera każdego dnia 🙂

  24. Będzie w innym temacie. Przeczytałam właśnie artykuł na onecie o Leosiu. I niestety komentarze pod nim. I wybacz, ale myślę, że wyjątkowo zgodzisz się ze mną, że tu trzeba przeklnąć, co uczynię 😮 ja jebię!
    Nie wiem czy wiecie drodzy Państwo, że klątwa Ondyny ma swoją przyczynę w zachowaniu rodziców w okresie ciąży. Otóż Emilia zrobiła na pewno coś, co zmieniło mózg Laury i sprawiło, że ma problemy genetyczne. To się w głowie nie mieści! A zdjęcie, na którym Leo całuje Laurę, skomentowano tak, że podobno widać, że oboje mają jakieś braki emocjonalne.
    Chciała bym poznać ludzi, którzy tak „myślą”, bo to wprost nie do wyobrażenia, że można być takim debilem.

    • Po Twoim komentarzu odnalazłam ten artykuł na Onecie. Małe sprostowanie: na zdjęciu Leo nie całuje Laury tylko Emilkę, inną dziewczynkę z CCHS.

      A komentarzy pod tym artykułem nie mam zamiaru czytać – naoglądałam się już wystarczającej ilości głupoty w Internecie. Szkoda czasu na ludzi, którzy pozostali na ewolucyjnym poziomie ameby.

      Ps.
      Fora komentatorskie na Onecie, TVN, WP.pl, SE.pl i innych podobnych miejscach słyną z przyciągania najgorszych oszołomów, przynajmniej w przytłaczającej większości. Nie warto pokazywać się w tym towarzystwie. Pozdrawiam

      • Bardzo przepraszam
        Wzięłam Emilkę za Laurę. Nawet napisałam o tym tutaj w jednym z komentarzy.

  25. Świetnie ujęty temat – ja też zazdroszczę czasem ludziom ich bezrefleksyjności na tematem. Przyjmują, że coś jest a czegoś nie ma. Po prostu.
    Ale tylko czasem. Tak jak czasem mnie nachodzi, że niewiedza to błogosławieństwo.

    Wiem, że to bardzo niepoprawne politycznie – ale uważam ludzi opierających swoje priorytety życiowe na religii i jakiś tam prawdach objawionych za sprawnych umysłowo inaczej.
    Tym trudniej mi czasem zrozumieć, mojego wierzącego jednakże inteligentnego męża. Na szczęście jego wiara jest bardzo powierzchowna i raczej koncentruje się na obrzędach i zadośćuczynieniu tradycji niż na stosowaniu się do dogmatów w codziennym życiu.

  26. Twoj Emilio przypadek z dziecinstwa oraz przerozne niezbyt pozytywne wiadomosci ost. lat dotyczace kosciola, doprawadzilo do tego, ze ludzie odwracja sie od tej instytucji – badz przynajmniej nie ufaja wszystkiemu w slepo. Co oczywiscie nie znaczy, iz kazdy duchowny / kosciol jest zly. Mozna byc osoba wierzaca, lecz nie uczestniczyc w zyciu kosciola i jesli chodzi o mnie nie ma w tym nic zlego.
    Ja bym zglosil bloga, nic nie tracisz na tym. Pozdrowienia dla Waszej trojki!

  27. Witaj Emilio, bardzo interesujący wpis zamieściłaś, podziwiam za odwagę. Ja wychowałam się w ateistycznej rodzinie, u mnie w domu nie rozmawiało się o Bogu. Mam żal do moich rodziców za to, że tak mnie wychowali, sama szukałam swojej drogi już jako dorosła osoba. Dziś już wiem, że dla człowieka (myślę tu sobie) ważna jest wiara, a nie religia. Mam dwójkę dzieci, 4 i 8 lat , nie zostały one ochrzczone. Starszy syn chodzi na lekcję religii, w niedzielę na msze do kościoła (twierdzi, że go to interesuje), jeśli będzie chciał przystąpić do komunii, nie zabronię mu tego, zostanie też ochrzczony. pozdrawiam serdecznie

    • Hm , rożni ludzie , różne doświadczenia . Ja nie mam żalu do rodziców choć msza w niedziele była obowiązkowa. Wychowywali mnie na swoje podobieństwo , inaczej nie potrafili . Kiedy dorosłem sam wybrałem swoja drogę. Dla mnie wiara , religia jest nieznaczącym elementem kulturowym . Nie jest mi potrzebna by być normalnym wrażliwym , tolerancyjnym człowiekiem . Nie staram się oceniać osób wierzących. Swoja córkę wychowałem jednak tak by sama mogła wybrać a nie była obciążona bagażem mojego wyboru , ona sama będzie decydować również o swoich dzieciach. Myślę ,że tak jest bardziej uczciwie .

  28. Jezu, Maryjo, Józef! Na wiele blogów zaglądam, ale żeby tyle komentarzy pod jednym wpisem… !!!???

  29. Co tu dodać? Jesteście wspaniali-pozdrawiam.

  30. Wpis i komentarze pod nim dają do myślenia. Każdy widzi Boga po swojemu, wierzy w Niego, albo i nie wierzy, dziwi mnie jednak swoiste rozdwojenie jaźni i wybiórcze podejście do założeń wiary katolickiej. Jeśli ktoś wierzy w Chrystusa, nie może „nie wierzyć” w KK, gdyż to Chrystus założył kościół, aby przez niego działać w świecie (powiedział wyraźnie, że „bramy piekielne go nie przemogą”). Nie można – bez popadnięcia w schizofrenię – wierzyć w Jezusa i czytać Ewangelię, twierdząc jednocześnie, że KK to tylko taka instytucja, która niedługo się skończy z braku klientów. Pomijam, że dla wielu osób „klecha” to taka niedobra człowiek, przed którą trzeba dzieci chronić, to tak jakby powiedzieć „wszyscy lekarze to konowały”, bo się akurat trafiło na takich dwóch czy trzech. Dla mnie to trochę niepoważne. Są różni ludzie i różni księża (nie wszyscy są tacy jak ci z anegdotek), zresztą, jak to ktoś kiedyś powiedział, Chrystus został zdradzony przez 1/12 swoich najbliższych uczniów, więc można się spodziewać, że zawsze znajdą się księża zachowujący się w sposób niegodny swojej misji. Ale czy tak się nie zdarza wielokrotnie i wśród lekarzy? nauczycieli? prawników? murarzy? itp. Różnica polega na tym, że ksiądz nie jest w życiu niezbędny, można przed nim zamknąć drzwi i powiedzieć mu NIE (jedna z pań powiedziała słuszne NIE pani sołtys w sprawie wystawnego obiadu dla księdza, też bym tak zrobiła, bo to jakiś absurd i z tym powinno się walczyć). Nie można też głosić, że religia katolicka to fanatyzm i straszenie piekłem. Jeśli ktoś straszy dzieci piekłem, to powinien, za przeproszeniem, dostać po ryju. Wiara katolicka to wbrew pozorom wiara głębokiej i dojrzałej radości, trzeba ją jednak głębiej i uczciwiej poznać. Co do wychowania dziecka – jest to zawsze wybór rodzica i chylę czoła przed Panią Emilią, że od początku myśli o wszystkich aspektach wychowania córeczki, również o tym duchowym, który niejeden po prostu „olewa”. Nie wiem, czy Laura była ochrzczona (chrzest wiąże się z pewnymi zobowiązaniami ze strony rodziców), ale wydaje mi się, że jej naturalna potrzeba szukania Boga nie powinna pozostać niezaspokojona, na pewno powinna dostać jakąś spójną odpowiedź na swoje pytania. Dzieciom nie trzeba tłumaczyć wiele, byleby to, co mówimy, nie było wewnętrznie sprzeczne, bo te małe stworzenia natychmiast to wychwytują i tracą do nas zaufanie. Na tym etapie można dziecku wmówić, że Boga nie ma, a można mu też „sprzedać” jakiś wykrzywiony obraz tego Boga, ono wszystkie łyknie w dobrej wierze, bo ufa rodzicom. I tu rzeczywiście jest duże zadanie do wypełnienia, którego na pewno nie rozwiąże zbiorowe wyśmiewanie „klechów” i przerzucanie się anegdotkami na ich temat. Bo tu, Pani Emilio, chodzi wszak o jakąś spójną odpowiedź, jaką Pani da córce na pytanie o Boga, a odpowiedzieć dziecku przecież Pani musi, i to odpowiedzieć konstruktywnie. Nauka KK, moim zdaniem, może w tym tylko pomóc, byle nie utożsamiać jej z księdzem, który każe sprzątać schody i z babą, która drze się „bój się Boga!” Serdecznie życzę powodzenia w tych trudnych sprawach, sama też dzieci, w tym jedno niepełnosprawne (z autyzmem), ale u nas nie ma tego ciągłego zagrożenia życia, dlatego tym bardziej podziwiam waszą determinację w codziennej walce o oddech.

    • Nie wiem, czy Laura jest ochrzczona, czy nie. Nie moja sprawa. Nie zdziwiłabym się, gdyby była, ponieważ wielokrotnie jej życie było zagrożone, a wtedy myśli się innymi kategoriami.

      Powiem tylko jedno. Chrzest to poważna sprawa. Nie można się „odchrzcić”. Można co najwyżej dokonać apostazji.
      Można też do Kościoła powrócić, ale wtedy nie przyjmuje się chrztu po raz drugi.
      Dlatego, choć jestem za chrztem dzieci, popieram też rodziców, którzy rezygnują z tego sakramentu. Można chrzest odłożyć. W Wigilię Paschalną byłam świadkiem chrztu ośmiolatków. Piękne przeżycie.

      Wierzący, ale niepraktykujący chrzci dziecko, a potem dziwi się, że przed komunią dziecko musi 12 modlitw znać. Jeśli rodzic modli się z dzieckiem, chodzi z nim do Kościoła – dziecko połowę modlitw zna.

      • I proszę dać znać w sprawie konkursu na blog roku. Bo jeśli zdecyduję się oddać głos – na 99% będzie to Pani.

        • Dziękuję! Jeśli zdecyduję się wziąć udział w konkursie, to oczywiście w pierwszej kolejności poinformuję o tym swoich Czytelników 🙂

      • Laura została ochrzczona w szpitalu przy pomocy szpitalnej wody z jałowej kapsułki. Stało się to w momencie, w którym jej stan zdrowia uznałam za krytyczny.

        • Dziękuję.
          Nie chcę się wymądrzać ani krytykować. Sama jestem matką chrzestną takiego chłopca, co 12 modlitw musi się nauczyć. Do Kościoła rzadko chodzi. Nauka odbywa się studencką metodą – ZZZ (Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć).

          Zastanawiam się na ile wchodzić w kompetencje rodziców. To nie tylko o wychowanie religijne chodzi. Ale i o telewizję i Internet. Nie lubię Nirwany. A on jako 4-latek słuchał. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się z Harrym Potterem i Tolkienem. Uważam, że te filmy nie są dla małych dzieci. Tak samo dziecko może łagodniejszej muzyki słuchać.
          Zabronić? Jaki to ma sens, skoro dozwolone jest to w domu rodziców.
          Poza tym czytałam (wiele razy) Harrego Pottera, więc mogę o czymś z dzieckiem porozmawiać. Jest to temat, na którym się znam.

          PS. Chyba pobije Pani rekord komentarzy. Nie wiem, który artykuł ma najwięcej odpowiedzi.

          • Na blogu jest już sporo wpisów, które mają