Na galę Blog Roku w obie strony jechałam pociągiem – z Gdańska do Warszawy Intercity, a z powrotem Tanimi Liniami Kolejowymi. Podróż Intercity przebiegła dość szybko i przyjemnie (jakieś 5 godzin), ale już około ośmiogodzinny powrót do domu w wagonach TLK obfitował w zupełnie inne doznania… Tanie Linie Kolejowe dbają bowiem o swoich pasażerów w dość oryginalny sposób – zapewniają im niezwykle ekstremalne warunki podróżowania (nieczynne toalety, brak wody, brak prądu, brud), co oczywiście nie może być przyjemne. Ale jak się tak głębiej zastanowić nad filozofią TLK, to człowiek dochodzi do wniosku, że w gruncie rzeczy te linie kolejowe bardzo dbają o klientów – zapewniają im bowiem najwyższy poziom satysfakcji po powrocie do domu. A dzieje się tak dlatego, że jeśli przez 8 godzin nie można skorzystać z toalety, ani umyć rąk, ani otworzyć okna, to po powrocie do domu i do tych wszystkich „luksusów”, każdy pasażer jest tak bardzo szczęśliwy, że ho ho
. Ja w każdym bądź razie jestem pełna wdzięczności w stosunku do TLK i za pośrednictwem tej strony chciałabym temu przewoźnikowi bardzo mocno podziękować. Dzięki TLK zrozumiałam, jak wiele szczęścia może mi dać działająca muszla klozetowa oraz kran z czystą wodą
.
W wagonach były wprawdzie gniazdka elektryczne, ale niestety nie było w nich prądu, więc bateria od laptopa dość szybko mi się rozładowała. Nie mogłam używać internetu do komunikowania się z bliskimi, więc od czasu do czasu używałam telefonu. A ponieważ bardzo się stęskniłam za córeczką, to telefonowałam do domu pytać o jej samopoczucie i sprawdzić, czy respirator działa jak należy. W przedziale razem ze mną siedziała przemiła starsza pani, o bardzo pogodnym wyrazie twarzy i łagodnym usposobieniu. Zamieniłam z nią wcześniej kilka słów, ale później przerwałam rozmowę, aby zadzwonić do moich bliskich. Kiedy przez telefon rozmawiałam na temat Laury i respiratora, po twarzy staruszki nagle spłynęły łzy, co mocno mnie zaniepokoiło. Po zakończonej rozmowie telefonicznej zapytałam panią, co jej się stało, a ona nagle zaczęła mi opowiadać swoją historię…
Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że ta pogodna i uśmiechnięta starsza pani właśnie wracała z pogrzebu swojego brata, chorującego na ciężką chorobę mięśni, przez którą musiał być podłączony do respiratora. Lekarze, którzy się nim opiekowali, nakazali mu jak najszybciej zgłosić się do szpitala na operację wykonania tracheotomii, po której miał być już dożywotnio podłączony do aparatury podtrzymującej życie. Choroba spowodowała, że pacjent był niewydolny oddechowo, a respirator stał się jedynym sposobem na przedłużenie mu życia.
Niestety, brat starszej pani tak panicznie bał się szpitala i respiratora, że nie wyraził zgody na operację i postanowił pozostać w domu wśród swoich bliskich. Kilka dni później, mężczyzna zmarł w męczarniach choroby.
Moja towarzyszka podróży zwierzyła mi się, że ma ogromne wyrzuty sumienia, ponieważ nie potrafiła przekonać brata do poddania się operacji i do uzależnienia go od medycznej aparatury. Kobieta obwiniała się za jego niesprawiedliwą i przedwczesną śmierć.
Zrobiło mi się bardzo żal starszej pani, która choć pogodna na twarzy i życzliwa w stosunku do ludzi, to jednak głęboko w sercu bardzo cierpiała. Zaczęłam rozmawiać z nią i przekonywać, że nie może obwiniać się za śmierć brata, który przecież sam, zupełnie świadomie podjął tą trudną decyzję o zaniechaniu operacji. Mężczyzna dokonał wyboru, a my powinniśmy ten wybór uszanować i nie szukać winnych…
Niewiele myśląc, opowiedziałam kobiecie moją własną historię – powiedziałam jej o chorobie Laury i o tym, że jest częściowo zależna od respiratora, a także o wielu trudnościach, jakie wspólnie z Laurą musiałyśmy pokonać. Starsza pani nie mogła uwierzyć, że jestem matką ciężko chorego dziecka.
- Taka Pani promienna, uśmiechnięta i zadbana, nie wygląda pani na mamę ciężko chorego dziecka – powiedziała.
- Pani ze swoim pogodnym obliczem twarzy i wrodzoną serdecznością też nie wygląda na osobę, która właśnie wraca z pogrzebu brata – odpowiedziałam jej z uśmiechem.
No i w tym momencie obie zaczęłyśmy się głośno śmiać z tego, że nie wyglądamy na osoby dotknięte cierpieniem. Starsza pani następnie zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła – „Często zdarza się, że najbardziej smutny i niezadowolony wyraz twarzy mają tacy ludzie, którzy nigdy w życiu nie doznali żadnego poważnego cierpienia…”. Moja towarzyszka powiedziała prawdę, więc z szacunku do jej życiowej mądrości przytaknęłam jej w stu procentach.
Dosiadali się do nas różni pasażerowie na krótkie okresy czasu, a potem wysiadali i wymieniali się miejscami z następnymi ludźmi. Tylko my dwie podróżowałyśmy niezmiennie od samej Warszawy, docelowo aż do Gdyni. Po jakimś czasie postanowiłam skorzystać z toalety, ale kiedy do niej weszłam, mało nie zemdlałam z obrzydzenia. Brak wody w umywalce i spłuczce dopełnił czary goryczy – cała kabina zachlapana była ekskrementami, które po prostu wylewały się z zapchanej i nieczynnej toalety… Wróciłam do przedziału z trudem powstrzymując odruchy wymiotne i już do samej Gdyni nie ruszałam się ze swojego miejsca. Ja i moja towarzyszka przebierałyśmy nogami przez resztę podróży i choć pęcherze mało nam nie eksplodowały, to żadna z nas nie odważyła się więcej pójść do tej szokującej toalety…
Po kilku godzinach podróżowania poczułyśmy głód, ale bałyśmy się cokolwiek zjeść, ponieważ obie czułyśmy, że ręce kleją nam się od potu i brudu. W przedziale było bardzo duszno, gdyż zepsute okno nie chciało dać się otworzyć. Zaduch oraz głód spowodowały, że starszej pani zakręciło się w głowie. Postanowiłam więc wykazać się kreatywnością i zorganizować nam jako takie warunki do zjedzenia przygotowanych przed wyjazdem kanapek. Wyjęłam z bagażu puste reklamówki, butelkę wody mineralnej oraz żel do mycia ciała. I w ten oto sposób zrobiłyśmy sobie prowizoryczną umywalkę – nad rozłożona reklamówką polewałyśmy dłonie wodą i szorowałyśmy żelem do ciała. Moja pogodna towarzyszka ze śmiechem oddała się wykonywaniu toalety żartując, że ten pociąg przywołuje jej wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to tuż po wojnie jechała pociągiem ze swoją mamą, także przez wiele godzin bez wody i bez siusiania
. Ja też się śmiałam mówiąc, że ta podróż TLK wcale nie jest taka zła, bo chociaż nie mamy wody, to przynajmniej mamy siebie, czyli wesołe i doborowe towarzystwo.
W pewnym momencie dosiadła się do nas jeszcze jedna starsza pani oraz mężczyzna na oko trzydziesto kilku letni. Nowa pasażerka była mniej więcej rówieśnicą mojej obecnej towarzyszki, ale jakże bardzo się od niej różniła… Miała skwaszony, niezadowolony wyraz twarzy, kąciki ust wywinięte maksymalnie do dołu i co chwilę wzdychała tak głośno, jakby przed chwilą zaorała własnoręcznie dwa hektary pola i była z tego powodu wyjątkowo zmęczona. W pierwszym momencie pomyślałam, że to schorowana starsza osoba, która z pewnością źle się czuje i być może wymaga pomocy. Jednak szybko się okazało, że byłam w błędzie, ponieważ nowa towarzyszka podróży ujawniła nam się jako okaz zdrowia i to w dodatku nadzwyczaj rozmowny…
Po około pół godziny jazdy nowa pasażerka zaczęła nas zagadywać na temat tego, jak bardzo źle się żyje w dzisiejszych podłych czasach, o których nic dobrego nie da się powiedzieć… Wyglądało to mniej więcej tak:
- Kiedyś Warszawa była taka piękna, no a teraz to jest tylko pobojowisko! Byłam właśnie u córki w odwiedzinach i widziałam, co za Sodoma i Gomora tam jest! Ta Gronkiewicz-Waltz całą stolicę rozkopała, że normalnie przejechać nie można! Wszędzie tylko robotnicy z łopatami i maszyny, oj jak tam teraz brzydko jest i okropnie!
- A ten Stadion Narodowy jaki brzydki, a fuj! Jak można takie paskudztwo w stolicy postawić! Kto to wymyślił, aby stadion na biało-czerwono malować, żeby flagę udawał, czy co?! Ja tam wolałam chodzić na ten stary stadion – na stragany, bo przynajmniej ładne rzeczy można było tanio kupić. A teraz straganów nie ma, tylko straszydło jakieś stoi!
- A jak chciałam ostatnio jedno ze swoich mieszkań sprzedać, to na jakich złodziei trafiłam, mówię Państwu! Coś strasznego! Mniejsze mieszkanie chciałam sprzedać, bo mi dwa niepotrzebne, a córka moja pomaga mi załatwiać formalności, bo ona studia prawnicze ma skończone. Ale ci złodzieje chcieli mi dać tylko 350 000, a moje mieszkanie 500 000 jest warte. Toż to przecież rozbój w biały dzień!
- itd., itd…
Narzekania naszej współpasażerki wydawały się nie mieć końca, ciągle znajdowała ona nowy powód, aby być niezadowoloną. Właściwie to prowadziła monotonny monolog składający się z samych żalów i oskarżeń. Aż w pewnym momencie, siedzący obok nas mężczyzna nie wytrzymał nerwowo i powiedział niezadowolonej towarzyszce podróży następujące słowa:
- Warszawa jest rozkopana i owszem, a Pani się powinna z tego cieszyć, a nie narzekać. Bo to oznacza, że się w Polsce drogi budują i że za jakiś czas Pani córka jadąc do pracy nie będzie już stać w korkach, tylko będzie przemieszczać się szybko i sprawnie nowoczesną drogą!
- Zamiast narzekać, że się Pani stadion nie podoba, niech się Pani cieszy, że w ogóle jest ten stadion. Bo to oznacza, że w Polsce tworzą się nowe inwestycje, nowe wydarzenia sportowe, imprezy kulturalne, a co za tym idzie kapitał do nas napływa i są dla warszawiaków nowe miejsca pracy!
- Niech Pani nie narzeka, że Pani drugiego mieszkania nie może sprzedać, tylko proszę się cieszyć, że ma Pani aż dwa mieszkania. Są tacy ludzie, którzy nie mają żadnego dachu nad głową i muszą mieszkać na ulicach!
- Niech się Pani cieszy, że ma Pani dobrą i wykształconą córkę, która zaprasza Panią do Warszawy i pomaga załatwiać formalności. Niektórzy ludzie przez całe życie nie mogą mieć dzieci i na starość zostają sami lub też mają dzieci, które kiedy dorastają, zapominają o swoich rodzicach!
– No i niech się Pani cieszy również z tego, że ma Pani siły witalne do tego, aby przez godzinę non stop narzekać. Bo skoro ma Pani tak wiele sił do narzekania, to znaczy, że cieszy się Pani wyjątkowo dobrym zdrowiem. A proszę mi wierzyć, że wielu ludzi nie ma tyle szczęścia co Pani, a zamiast tego cierpią z powodu chorób lub na te choroby przedwcześnie umierają!
Pod wpływem ostrej reprymendy mężczyzny, narzekająca starsza pani zaniemówiła i już do końca podróży nie odważyła się więcej narzekać. Cichutko tylko pomrukiwała coś pod nosem, robiąc przy tym trochę obrażoną minę.
Wreszcie, „ekskluzywny” pociąg TLK dojechał do Gdyni, a ja na pożegnanie uścisnęłam się serdecznie z moją ulubioną starszą panią a także pożegnałam mężczyznę, który uratował nas od męczeńskiej śmierci zadanej przez narzekanie wiecznie niezadowolonej współpasażerki. Przy wyjściu pożegnałam oczywiście także tą wiecznie niezadowoloną, która choć odpowiedziała mi uśmiechem, to jednak wciąż siedziała z bardzo obrażoną miną.
Wysiadając z pociągu byłam piekielnie zmęczona, ale kiedy na peronie ujrzałam Kubę z czerwoną różą w dłoni, to całe to zmęczenie przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Wróciliśmy razem do domu, gdzie pod wyjątkowo dobrą opieką czekała na nas Laurka, a ja wreszcie mogłam się nacieszyć córeczką, a także luksusami – czyli wodą w kranie i w toalecie
.
Kuba zajął się Laurą, abym mogła wziąć kąpiel i odpocząć po długiej podróży. Z radością wskoczyłam do wody, a kiedy udało mi się spłukać z siebie wszystkie zarazki z TLK, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Czułam się co najmniej jak starożytna Kleopatra po wytwornej kąpieli w kozim mleku.
Jeszcze raz dziękuję Tanim Liniom Kolejowym, ponieważ to właśnie dzięki nim miałam okazję poczuć się po powrocie do domu jak prawdziwa królowa Egiptu
.
-
PS: Zapraszam Was serdecznie do wysłuchania wywiadu, jakiego udzieliłam Ani Witowskiej – założycielce portalu Kobiecy Punkt Widzenia. Tematem naszej rozmowy były różne oblicza miłości. W wywiadzie przedstawiałam swoje poglądy na temat miłości do dziecka, miłości do mężczyzny a także rozmawiałam o sposobie na radzenie sobie z problemami życiowymi (nagranie powstało wiele tygodni temu, o czym trzeba pamiętać przy jego odsłuchiwaniu). Jeśli macie ochotę wysłuchać wywiadu, kliknijcie proszę na poniższy obrazek. Następnie zejdźcie na dół strony, odnajdźcie słuchowisko ze mną i naciśnijcie ikonkę „play”. Miłego słuchania!
Emilia, mama Laury
-

_
KLINKIJ NA OBRAZEK I ZNAJDŹ WYWIAD