Chcesz zdrowo żywić dziecko? To szykuj się na wojnę!

Autor: Emilia, mama Laury Data: Czerwiec 27, 2014 Kategoria: Dieta i zdrowie | komentarzy 67

Pod względem poruszania tematyki zdrowego żywienia mój blog już od dawna leży odłogiem. Przyznaję, że ogromnie zaniedbałam ten temat – nie chodzi mi jednak o to, że zaniedbałam zdrowe żywienie mojej rodziny, ale jedynie o to, że przestałam o tym pisać. Powód jest tylko jeden – to oczywiście brak czasu, który w moim życiu niestety jest przyczyną naprawdę wielu ograniczeń.

Niemniej jednak cudowne lato za oknem, pachnące truskawkami, obfitujące w świeżą sałatę, szczypiorek, czy koperek na powrót zmobilizowało mnie do pisania o zdrowym żywieniu. Regularnie mobilizują mnie do tego również Czytelnicy, którzy w mailach coraz częściej proszą o powrót do tematyki zdrowego żywienia. Obwieszczam wobec tego wszem i wobec, że znów będę pisać i postaram się, aby tego typu wpisy pojawiały się w miarę regularnie.

A tymczasem, zainspirowana przez Czytelniczkę, dziś poruszę temat, który już od dawna chodzi mi po głowie. A mianowicie smutny fakt, że często największą przeszkodą w zdrowym żywieniu dzieci są członkowie naszych rodzin! Cóż, raczej nie dziwi nikogo widok babci, dziadka, cioci, wujka, teścia czy teściowej, którzy beztrosko wpychają w nasze dzieci słodycze uważając, że to jest najlepsza rzecz, jaką można dla dziecka zrobić. Oto, jaki pogląd na tę sprawę ma Czytelniczka mojego bloga:

Widzę, że w wątku zdrowego żywienia na razie życie zamarło i nikt się nie wypowiada, ale ja się postanowiłam wypowiedzieć, bo chciałam tu poruszyć istotny dla mnie i wielu rodziców temat. Myślę, ze Pani Emilia również mogła się z tym problemem spotkać lub niebawem się spotka. Chodzi mi mianowicie o reakcję otoczenia wobec rodziców, którzy starają się stosować zasady zdrowego żywienia w diecie swojego dziecka. Moje doświadczenia są niestety w tym temacie koszmarne.

Jestem mamą 3,5 letniego chłopca i ponieważ sama jestem jaroszką, postanowiłam zadbać o zdrowe żywienie mojego dziecka. Staram się przede wszystkim unikać wszystkiego co sztuczne, wysoko przetworzone, pełne cukru. Nie jestem przy tym konserwatystką, uważam że jeśli od czasu do czasu zjemy coś niezdrowego, to nic się nie stanie. Swojemu synkowi też czasami daję słodycze, bo dzieciństwo bez słodyczy byłoby pozbawione smaku. Staram się jednak by były to wartościowe słodycze, np. dobrej jakości czekolada, mleczne lody, sezamki, domowe ciasto lub ciasteczka. Jeśli zdarzy się słodycz typu paluszek lub wafelek też nie robię z tego afery, ale staram się żeby było to naprawdę rzadko. Niestety, dość szybko przekonałam się, że moje otoczenie (rodzina, znajomi, przedszkole) nie ułatwiają mi trzymania się tych zasad, a nawet postępują wbrew moim zasadom.

Najpierw, jak pewnie wiele mam musiałam stoczyć batalię z babcią, dziadkiem, ciociami i wujkami synka. I nie chodziło mi o to żeby w ogóle nie podawali mu słodyczy, ale o to, by dawali mu je w umiarkowanych ilościach i żeby była to ich zdrowsza opcja. Kiedy już przekonałam jako tako do moich racji rodzinę, zaczęła się batalia na placyku zabaw. Bo wiele mam, a zwłaszcza babć przynosi do piaskownicy cukierki, żelki, paluszki i inne przekąski i częstuje nimi nie tylko swoje pociechy ale też inne dzieci. Niby to ładnie, uczono nas, że dzielić się trzeba, ale gdy proszę, aby nie częstowano tym mojego dziecka, bo np. jest uczulone na sztuczne barwniki, to patrzą na mnie jak na wyrodną matkę lub jakiegoś dziwoląga. Najgorsze jest to, że dziecko widzi te słodycze i ma na nie ochotę, a mi serce się kraje gdy muszę mu odmówić, bo wiem że np. okupi żelka koszmarną wysypką.

A kilka miesięcy temu zaczęła się batalia w przedszkolu. Wybrałam co prawda przedszkole uczestniczące w programie „Zdrowy Przedszkolak” i rzeczywiście jadłospis mają całkiem fajny, pełen warzyw i owoców. Niestety i tu jest problem gdyż dzieci nierzadko dostają słodycze od przedszkolanek lub rodzice przynoszą do przedszkola cukierki np. z okazji urodzin. Nie robiłabym z tego problemu gdyby nie fakt, ze te sytuacje zdarzają się nader często, a nierzadko są to te słodycze najgorsze z możliwych (sam cukier i barwniki). Na pierwszym zebraniu w przedszkolu wielu rodziców zgłosiło rozmaite alergie i nietolerancje pokarmowe swoich pociech, pojawiła się więc propozycja abyśmy serwowali dzieciom z okazji różnych imprez i urodzin głównie owoce, domowe ciasta, ewentualnie zdrowsze opcje słodyczy. Ja zaproponowałam aby dzieci zawsze miały coś do wyboru, by każdy alergik mógł coś dla siebie znaleźć. Ale oczywiście spora grupka rodziców stwierdziła, że to przesada i fanaberie. Jedna z mam niemalże wykrzyczała mi, że nie będzie traciła czasu na pieczenie ciastek skoro w sklepach jest ich mnóstwo.

No i tym sposobem nawet jeśli ja dbam o zdrowy jadłospis mojego dziecka, to otoczenie skutecznie „dba” o to, by ten jadłospis zepsuć. Moje dziecko jest bowiem niemal codziennie częstowane słodyczami przez babcie, ciocie, przedszkolanki, panie w sklepie, panie na placyku zabaw, a nawet przez panią doktor, która w nagrodę za ” ładne oddychanie” podczas badania daje mu lizaka. A gdy ja się przeciwko temu buntuję to jestem traktowana jak wariatka albo co najmniej kosmitka. W przypływie wisielczego humoru doszłam ostatnio do wniosku, ze powinnam powiesić mojemu dziecku na szyi karteczkę z napisem „Nie karmić słodyczami”.

Ale tak na serio wkurza mnie to strasznie, bo cała ta sytuacja pokazuje, że nie tylko faszerujemy swoje dzieci śmieciowym jedzeniem, ale też jesteśmy nietolerancyjni wobec rodziców, którzy starają się wprowadzić swojemu dziecku zrównoważoną dietę.

Wiem, że wielu rodziców spotyka się z podobnymi sytuacjami i uważam, że jest to naprawdę poważny problem. Zwłaszcza, że wiele dzieci cierpi na alergie pokarmowe i takie beztroskie częstowanie może im poważnie zaszkodzić. Myślę, że przydała by się jakaś kampania społeczna w tym temacie.

Ja też, podobnie jak wypowiadająca się powyżej Czytelniczka, uważam ten problem za niezwykle poważny. Wielokrotnie byłam świadkiem, a moja córka niestety uczestnikiem, dokładnie takich sytuacji. Myślę, że większość rodziców propagujących zdrowe żywienie wśród swoich dzieci (lub rodziców małych alergików) musi regularnie przechodzić batalię z własną rodziną, z paniami w przedszkolu, z rodzicami na placach zabaw itp. Walka z nimi jest trudna, ale według mnie konieczna, bo to jedyna szansa na wyedukowanie opornego na wiedzę społeczeństwa. Dlatego uważam, że warto twardo zaznaczać swoje stanowisko w tej sprawie, nawet narażając się na docinki i krzywe spojrzenia ludzi. Wszak to my jesteśmy rodzicami i jedynie my mamy prawo decydować o naszych dzieciach!

Przyznaję, że ja mam z Laurą ułatwione zadanie, ze względu na jej chorobę. Jeśli nie chcę, aby Laura jadła coś niezdrowego, to zawsze mogę zwalić to na chorobę Hirschsprunga i przyznam, że coraz częściej się do tego posuwam. Ale mimo, iż całe nasze otoczenie wie o chorobie Laury, to i tak spotkania z rodziną zazwyczaj kończą się prezentami w postaci kilku tabliczek czekolady. Natomiast każde wyjście do sklepu mięsnego zostaje uwieńczone wręczeniem Laurze przez sprzedawczynię chemiczno-cukrowego lizaka, oczywiście bez pytania mnie o zdanie.  Nawet wizyty w lokalnym przedszkolu pod względem żywieniowym rozczarowały mnie tak bardzo, że już po kilku razach straciłam ochotę, aby je odwiedzać. Napomknę tylko, że władze przedszkola w tajemnicy przed rodzicami smarowały kanapki dla dzieci tanią margaryną, mimo, że w oficjalnym menu było podane masło. Natomiast codziennością w tym przedszkolu było nagradzanie dzieci, a nawet przekupowanie ich najgorszymi jakościowo słodyczami – nie było dnia, aby dzieci nie dostawały w przedszkolu cukrowych lizaków, pianek, żelków czy cukierków. Dla Laury, cierpiącej na poważną chorobę przewodu pokarmowego, chodzenie do takiego przedszkola byłoby po prostu dramatyczne w skutkach.

Ale i tak najgorsze i najbardziej wyczerpujące psychicznie są zawsze boje z członkami rodziny – wiem to zarówno od innych mam, jak i z własnego doświadczenia. Kiedyś, gdy Laura była młodsza i miała bardzo poważne problemy pokarmowe związane z chorobą Hirschsprunga, pod żadnym pozorem nie wolno jej było karmić słodyczami, gdyż powodowało to u córki silną biegunkę, odparzenia, a w konsekwencji straszliwy ból. Wszyscy w mojej rodzinie o tym wiedzieli, ale mimo to od własnej babci usłyszałam, że jestem wyrodną matką i że głodzę dziecko, bo nie daję mu żadnych słodyczy (sic!). Nawet moja mama, doskonale znająca naszą sytuację, kręciła wówczas głową i mówiła „oj torturują biedną Laurkę”. Przez długi czas moje najbliższe otoczenie traktowało Laurę tak, jakby nie podawanie jej słodyczy było równoznaczne z maltretowaniem dziecka przez rodziców. W relacjach z rodziną musiałam więc wykazać naprawdę sporo hartu ducha, przebrnąć przez wiele nieprzyjemnych rozmów i kilkakrotnie stanowczo wykrzyczeć „nie życzę sobie”, aby w końcu rodzinka zaprzestała stosować słodyczowy mobbing. Nie ukrywam, że zasłanianie się chorobą Laury ułatwiło mi sprawę, ale gdybym miała zdrowe dziecko, to jestem pewna, że ten bój byłby o wiele trudniejszy. A najśmieszniejsze jest to, że uporczywe częstowanie Laury słodyczami jest czymś robionym kompletnie bez sensu i na siłę, ponieważ Laura od słodyczy zdecydowanie bardziej woli ser pleśniowy, kapustę kiszoną, jabłko czy pomidora. Wystarczy dać jej wybór, a ona niemal zawsze wybierze zdrowszą opcję i będzie z tego powodu bardzo szczęśliwa. Ale nie w oczach szacownych matron, które chyba są zdania, że dziecko jedzące mało słodyczy w żadnym razie nie może być szczęśliwe.

Powiedzcie mi, czy coś jest nie tak ze starszym pokoleniem? Dlaczego dla tak wielu z tych osób synonimem miłości do dziecka jest obsypywanie go szkodliwymi, pełnymi cukru i chemikaliów słodyczami? Być może chodzi o to, że za czasów dzieciństwa naszych babć i rodziców niczego w sklepach nie było, więc jakikolwiek słodycz był w ich odczuciu prawdziwym rarytasem. W tamtych czasach dzieci jadły słodycze tylko od czasu do czasu, nierzadko jedynie z okazji okolicznościowych świąt, a ich codzienna żywność była nieprzetworzona, pochodząca z naturalnych źródeł i o wiele zdrowsza, niż ta z dzisiejszych supermarketów.

Mam wrażenie, że niestety pokolenie naszych rodziców i dziadków nie potrafi lub nie chce zauważyć, jak na przestrzeni lat bardzo zmienił się cały świat. Czasy diametralnie się zmieniły, a to, co kiedyś było od święta, dziś jest na wyciągnięcie ręki – w każdym sklepie, w kiosku, w przedszkolu, w szkole czy na placu zabaw dziecko ma dostęp do słodyczy, chipsów czy barwionych napojów. Wszystko się zmieniło, więc to chyba logiczne, że podejście do wychowania i żywienia dzieci też musi ulec całkowitej zmianie.

Mam również nieodparte wrażenie, że starsze pokolenie zazwyczaj lubi narzucać swoje zdanie, wręcz ostentacyjnie zaznaczać, że ono na wychowaniu dzieci zna się zdecydowanie lepiej. No bo co ty młoda sikso możesz wiedzieć o żywieniu dzieci, skoro dopiero co zaczęłaś je rodzić – posłuchaj lepiej mądrych rad doświadczonej babci Krysi*, co to waży ponad 100 kg i choruje na choroby związane z nadwagą, lub też jeszcze mądrzejszych rad cioci Zuzi* (imiona fikcyjne), która bez Vegety i kostek rosołowych niczego nie potrafi ugotować. I w ogóle co to za pomysł, aby dziecko poić samą wodą! Przecież wiadomo, że najlepiej jest poić wodą z glukozą, a smoczek przed włożeniem do ust niemowlęcia obowiązkowo trzeba namoczyć w cukrze…

Kiedyś podczas rodzinnych przepychanek na temat żywienia Laury usłyszałam od osoby w bardzo podeszłym wieku „Bo ja to wychowałam kilkoro dzieci”. Tak, ale to były Twoje dzieci i w Twoich czasach – odpowiedziałam – zresztą ich dobre wychowanie to do dziś kwestia raczej dyskusyjną… A Laura jest moim dzieckiem i żyje w moich czasach, więc się z łaski swojej, nie wtrącaj.

Takie jest właśnie moje zdanie i niestety wypowiedzenie go w sposób dosadny czasami jest nieuniknione. I guzik mnie obchodzi, czy w oczach innych ludzi będę z tego powodu postrzegana jako dziwoląg, kosmitka, żywieniowy fanatyk, czy może osoba niezrównoważona psychicznie. Chcę, aby moja córka wyrastała w domu, gdzie propaguje się zdrowe i świadome odżywianie, gdzie zdrowie jet ogromną wartością, a szacunek dla własnego ciała ideą. Pragnę, aby poszkodowana przez ciężką chorobę Laura w przyszłości nie nabawiła się kolejnych chorób z powodu zaniedbań żywieniowych. Szkoda tylko, że aby to osiągnąć, trzeba jednocześnie toczyć walkę niemal z całym światem i wszystkich wokół uświadamiać. Ale widocznie tak trzeba – w końcu bez walki nie ma zwycięstwa!

PS.

Zachęcam Was do zamieszczania pod tym wpisem komentarzy/porad/Waszego punktu widzenia. Chętnie poczytam, jak radzicie sobie z presją otoczenia i jak udaje Wam się walczyć o zdrowe żywienie maluchów. Na deser przedstawiam Wam bardzo ciekawy filmik, który tłumaczy, dlaczego niezdrowa żywność tak świetnie się sprzedaje – w prawym dolnym rogu można włączyć polskie napisy. Powodem jest nasza świadoma ignorancja, dzięki której każdy może nami bezkarnie manipulować – koncerny żywieniowe, politycy, media i wielu innych. Warto zdawać sobie z tego sprawę oraz wyciągnąć odpowiednie wnioski! Zobacz film

48

49

50

komentarzy 67

  1. Ja wiem po sobie jak jest, w dzieciństwie jadłam dużo słodyczy, warzyw wcale, jak byłam nastolatką był cukier cukier cukier i fast food, do dziś nie umiem sobie tego badziewia odmówić. Mąż to samo. Ja sama nie kupuję z reguły słodyczy itp. za to mąż zawsze mi smaka robi. Od cukru ZDECYDOWANIE można się uzależnić 😉 i tak jak ja wiem, że nie chcę tego zrobić mojemu synkowi tak mój mąż uważa, że przesadzam i tu zaczyna się problem. Wczoraj częstował małego serkiem waniliowym i mnie straszliwie wkurzył (stwierdził, że ten jest dobry bo ma w skladzie tylko twarog, cukier i aromat waniliowy wiec o co się czepiam). A Staś właśnie bardzo lubi naturalne jogurty, więc po co cukier?

    Na szczęście ja jestem z synem większość czasu i mąż może co najwyżej dać małemu coś tam spróbować – ochrzan dostaje za to, no ale co mogę zrobić. Moi rodzice nie są problemem, gorzej teściowa (kupiła małemu lizaka jak miał 8 msc -,- ) Ostatnio stwierdziła, że skoro Staś ma już rok to powinien jeść BIGOS, a nie tam mu owsiankę daję…No tak. Ale mieszkamy ponad 100 km od nich i jest spokój. Niestety nie mam przez to babć do pomocy, jesteśmy z mężem sami i pewnie jak wkrótce będę chciała wrócić do życia zawodowego będzie batalią ze żłobkiem…ehh

  2. A szkoda gadac. Czasami mam wrazenie ze ludzie sa niedouczeni. Tyle sie mowi o szkodliwosci cukru a nawet jego wlasciwosciach sprzyjajacych powstawaniu powaznych chorob w tym raka a starsze jak i co dziwne mlode pokolenie jakby byli wlasnie oporni na wiedze. Na moj sprzeciw to nawet usyszalam kiedys : ale przeciez tam sa rozne skladniki. Nie tylko cukier. Tam sa weglowodany , cukry proste i tluszcz. Glupszej odpowiedzi jeszcze nie slyszalam i to od osoby 30 lat starszej.

    • Starsi ludzie się tym nie truli, bo w sklepach był tylko ocet, więc mają to gdzieś 😉 Szkoda, że taka totalna ignorancja może wiele kosztować innych.

  3. Wojna, oj tak. Inni rodzice są strasznie nietolerancyjni gdy mówię, że unikamy słodyczy w diecie. Synek ma 3 lata, od początku dużo czytałam o żywieniu niemowląt dzieci etc. i trochę temat poznałam. Staram się w miarę możliwości to wdrażać w nasze – jego – życie. Wiem i zawsze wiedziałam, że nie uchronię go na dłuższą metę przed słodyczami. Do tej pory do przekąsek należą od czasu do czasu paluszki dla dzieci, ciasta domowe ale bez margaryn, chrupki kukurydziane, wafle kukurydziane, wszystkie owoce, rodzinki, żurawina. Kuzynka w ostatnim czasie zareagowała fatalnie, bo ma synka w wieku mojego synka, a on przecież słodycze je bo „są one dziecku potrzebne”. Uważam, że trzeba być zupełnie nieświadomym jeśli takie rzeczy wmawia się innym. Rodzice którzy dają dzieciom cały ten przetworzony syf uważają, że nic takiego negatywnego w tym nie ma. Myślę, że nawyki żywieniowe są znaczące bo na swoim przykładzie moge stwierdzić, że jako dziecko nie miałam serwowanych słodyczy i do dzisiaj nie mam zachcianek na coś słodkiego, ochoty na batonika ani potrzeby kupowania czegoś słodkiego, bo w domu musi coś być. Trzymam kciuki za świadomych rodziców, którzy chcą zawalczyć o zdrowie swoich dzieci. Rynek zapchany jest przetworzonym jedzeniem, ale to od nas -rodziców zależy jakie produkty swoim dzieciom podajemy -przynajmniej gdy mamy jeszcze na to wpływ. Warto wdrożyć się w ten temat i warto stoczyć walkę 🙂 … a nawet batalię 🙂

  4. A mnie już ręce opadają.
    W poprzednim przedszkolu – typowe śmieciowe jedzenie. Podwieczorki typu wafelek na G…. lub ciastka bebe… II dania z półproduktów, mrożonek, masakra… Szkoda mówić. Opasła pani intendentka za biurkiem, pochłaniając batonik poinformowała mnie, że sama lubi czipsy i colę, więc o co mi w ogóle chodzi?!
    Przez cały niemal rok przygotowywałam wszystkie (wszystkie!) posiłki i dzień w dzień zanosiłam je w kilku – specjalnie do tego celu kupionych – termosach. A to i tak za wielką łaską i zgodą przedszkola i tylko w oparciu o zaświadczenia lekarskie.
    Jedna pani doktor alergolog napisała nam nawet na zaświadczeniu: „Zakaz podawania dziecku wszystkich produktów przeznaczonych dla dzieci typu (i w nawiasie wymieniła te najbardziej reklamowane na D…. itd.)” hehe… Chociaż właściwie wcale mi nie do śmiechu…
    Przez tamten rok skończyły się szpitale. Ba! mały nie dostał nawet kataru (przez cały rok!). Świetnie się rozwinął. Tylko mama (ja 😉 ) wykończona, bo ileż można gotować po nocach, jak się pracuje na 1,5 etatu, a do tego nie nikogo do pomocy…
    A teraz nowe przedszkole, niby świetny jadłospis.
    Tak, był. Przez miesiąc… Po walce z paniami w kuchni wprowadzono super – hiper nowości, uwaga: np. kaszę jaglaną i jogurt naturalny z miodem. Ale DZIECI NIE CHCIAŁY JEŚĆ, więc powrócono do sprawdzonego jadłospisu typu pączki, drożdżówki itp. A panie kucharki odetchnęły z ulgą. No tak, co by tu zrobić, żeby się nie narobić…
    A od kiedy to – pytam – dzieci dyktują nam co chcą jeść???
    Moje dziecko je to, co mu ugotuję i basta!
    A jak nie ma ochoty, to zgłodnieje i zje później.

    Właściwie już mi niedobrze i mam tego tematu serdecznie dość.
    Mały oczywiście znowu ma katar. Źle sypia. Jest zmęczony itd.
    I wcale mnie to nie dziwi, jak naje się tego gó*****ego żarcia w przedszkolu…
    Oczywiście na rozpoczęcie przedszkola miłe panie dawały lizaczki i cukiereczki.
    A żeby dzieci nie były głodne, po podwieczorku stawiają jeszcze górę białych bułek z masłem… O ile to masło oczywiście… Mój mały pochłania te buły w ilościach hurtowych, bo oczywiście w domu dmuchanego pieczywa nie jemy…
    Wegety i kostek też niby już nie stosują, niby… Kucharki miały przecież problem jak w ogóle cokolwiek ugotować bez tych cudownych „doprawiaczy”. Wszystko było bleeee….

    A temat babć i cioć, tudzież mam innych dzieci na placykach zabaw to w ogóle zostawiam. Gdybyśmy nie jedli tego śmieciowego „szitu”, markety nie byłyby nim wyładowane po brzegi.
    Teściowa do dzisiaj dokarmia w tajemnicy przy każdej okazji moje dziecko jakimś syfem (oczywiście mały wszystko powie), mimo tylu próśb i wyjaśnień…. No cóż, miłość babcina skłania je do wielkich poświęceń i ogromnego ryzyka (opiep*** potem ile się da), aby tylko dać wnukom to, co najlepsze!
    To, że teść od dekady chodzi z 10-miesięczną ciążą i cuchnie od niego jakby się nie mył przez miesiąc przecież nie ma nic wspólnego z dietą!
    LUDZIE, CZY MY JUŻ CAŁKIEM ZDURNIELIŚMY?
    Nasze dzieci kiedyś nas przeklną i wcale mnie to nie zdziwi.

  5. W naszym przedszkolu, właśnie ze względu na alergie, dzieciom urodzinowo daje się jakiś drobiazg. Jak dziecko ma urodziny to wszystkim z grupy daje coś symbolicznego – piłeczkę, mazak, naklejkę… a od grupy dostaje dyplom. Dla mnie pomysł super.

    • Pomysł naprawdę super!

      • Droga Emilio!!!!
        czytam Twojego bloga od jakiś 2 miesięcy, wypowiadam sie pierwszy raz. Chciałam Ci serdecznie pogratulować tak wspaniałej dziewczynki, Laura jest cudowna! bardzo kibicuję całej Waszej Rodzinie i jestem pełna podziwu dla pracy, jaka wkładacie w to, aby Laura była szczęsliwa. I widać, że jest!
        Co do śmieciowego żywienia dzieci, chciałoby się powiedzieć, że podpisuję się pod Twoimi uwagami „ręcyma i nogyma”…..Moja 7-dmio letnia Córcia tez jest „dziwna”. Nigdy nie była w Mac Donaldzie, nie zna smaku czipsów, jak w najmłodszej przedszkolnej grupie 3-latków dostała lizaka, to nie bardzo biedne dziecko wiedziało, co to jest i zabrała go do domu….Na szczęście to był początek przedszkola i potem na urodziny dzieci przynosiły drobiazgi do rozdania, typu kolorowa kredka, naklejka. Pije wodę i soki warzywne, nie zna smaku napojów gazowanych. Pamiętam, jak na urodzinach koleżanki z zainteresowaniem oglądała…słone paluszki. Zje marchewkę, pomidora, sałatę i mase innych warzyw, kocha owoce (po mamusi), nie ma problemu nawet z kaszą gryczaną, którą ja jem tylko dla niej (żeby nie wyszło, że mamusia zachęca do gryczanki, a sama nie je). I tak jak piszesz Emilio, moje i męża zasady dotyczące odżywiania naszej Córki spotykają się często z MEGA zdziwieniem. Na szczęście Babcie i Dziadkowie popierają nas w naszych poczynaniach, żeby dziecka nie karmić cukrem i wysoko przetworzonym jedzeniem. Gorzej jest z dalszą rodzina, ale tu po prostu….ostry sprzeciw na wszelkie śmieciowe jedzenie i tyle. Nie chce tu za dużo lukrować , i nam zdarza się wyprawa do pizzerii i słodycze, ale tak jak u innych „nawiedzonych” -wybieramy te zdrowsze wersje. Wole upiec ciasto w domu, dodać ekologiczne jaja i cukier nierafinowany, niż kupić żelki w sklepie…I tak jak napisała jedna z Mam,jestem dumna, że moja Córcia ma zdrowe zęby i nie zasypia na lekcji po zjedzeniu paczki misiowych żelków i kilku cukierków…
        Pamiętam taką sytuację: przyszłam po córkę do szkoły, jednocześnie jej koleżankę odbierała jej babcia. Starsza Pani wyciągneła z torebki misia lubisia, lizaka i drożdzówkę dając swojej wnuczce. Jako że akurat ta dziewczynka rozmawiała z moją Córką, miła Pani wręczyła mojej Córce Misia lubisia. Córka grzecznie podziękowała i pytająco na mnie spojrzała…A że dnia poprzedniego Córcia akurat miała przyjęcie urodzinowe w domu, był tort i ciasto, to powiedziałam,ze misia zje w przyszłym tygodniu. Córka nie byłą zachwycona, ale przełknęła jakoś tekst Mamusi;-) za to Pani spojrzała na mnie, jakbym co najmniej wylądowała przed chwilą na szkolnym korytarzu w towarzystwie zielonych ufoludków w stroju Kobiety Kota…..Co ciekawe, ta dziewczynka była u nas w domu jakieś 2 tygodnie wcześniej, dziewczynki świetnie sie bawiły po szkole, popołudniu przyszła po nią Mama. Spędziła u nas dobre kilka godzin, więc podałam dziewczynkom obiad. Moje dziewczę zjadło, aż jej się uszy trzęsły…a koleżanka podziubała w talerzu i zostawiła….A to było spaghetti, z dobrego, chudego mięsa, ale chyba problem był w razowym makaronie…Chyba , że dziewczynka wcześniej zjadła mega słodki „posiłek” i na normalny obiad nie miała ochoty.
        Cóż, w naszym szkolnym sklepiku tez półki uginają się od lizaków i czipsów, mam jedynie nadzieję, że ustawa na ten temat, o której sie ostatnio mówi w mediach, jednak cos zmieni.
        Nie zmieniaj się , Emilio, tak trzymać!!! Nawet jesli ktoś będzie patrzył na Ciebie jak na kosmitke, że kompletnie Ci odbiło, skoro nie pasiesz Laury biała bułką z nutellą.
        Serdeczne ucałowania dla całej Waszej Rodzinki, Laura jest cudem!

  6. W pełni podzielam poglądy zamieszczone we wpisie. Mam 3-letniego syna, który bardzo lubi słodycze, ale dostaje je raz na jakiś czas i również staram się wybierać te, które mają jednocześnie dużą wartość odżywczą. Syn póki co nie zna smaku większości chemicznych słodyczy typu żelki, lizaki czy landrynki – są to według mnie puste kalorie, kompletnie bezwartościowe. Zdarzyło mi się wielokrotnie, że jakiś rodzic czy pani ekspedientka chcieli synka poczęstować lizakiem, cukierkiem czy gumą rozpuszczalną, ale zawsze było najpierw pytanie do mnie, za co daję duży plus. Widzę, że jednak rośnie świadomość, że nie każdy rodzic życzy sobie aby jego dziecko częstować jedzeniem, nawet wśród starszych osób – kiedyś jakaś babcia w tramwaju chciała poczęstować synka mini-cukierkiem, nazywając gą „witaminką”, widziałam oburzenie (zgorszenie?) w jej oczach kiedy odmówiłam, ale totalnie mnie nie obchodzi reakcja innych.
    Tymczasem jestem dumna, że mój syn ma zdrowiuteńkie zęby, zero śladów próchnicy, podczas gdy większość jego równolatków już ma jakieś plomby.

  7. Ja nie mam dzieci, ale ze swojego dzieciństwa pamiętam, że tato zawsze wydzielał nam słodycze. Do dziś mam przed oczami obrazek stołu w kuchni, na którym leżały dokładnie odliczone czekoladowe misie na trzech kupkach (mam dwie siostry). Wtedy denerwowało mnie to, że misiów jest cały woreczek, a my dostajemy tylko po kilka, a u koleżanki w domu słodycze są dostępne bez pytania i w ilościach dowolnych. Dzisiaj jednak myślę, że i tak dostawałyśmy za dużo słodyczy 😉

    Do cudzych dzieci mam takie podejście, że jeśli idę pierwszy raz lub nie pamiętam, jakie zwyczaje żywieniowe panują w danym domu, to nigdy sama z siebie nie daję słodyczy. ZAWSZE pytam. Niektórych rodziców nawet dziwi to, że pytam, bo dla nich to oczywiste, że „dzieci jedzą słodycze”. A te kolorowe lizaki to w zasadzie są niesmaczne…

  8. Miła Pani Emilio! Podczytuję blog już od dłuższego czasu, ale jestem takim „cichym” czytelnikiem. Ponieważ jednak pierwszy przeczytany przeze mnie wpis (dzięki któremu trafiłam tutaj przez wyszukiwarkę) dotyczył żywienia, a temat jest mi bardzo bliski, postanowiłam właśnie tutaj dodać coś od siebie.
    Moje dzieci mają 3 lata i staram się żywić je jak najlepiej i jak najzdrowiej. Do ukończenia 2 lat nie próbowały słodyczy – dłużej niestety się nie dało, bo… przegrałam walkę z teściową. Gdy dziewczynki dostawały słodycze od innych członków rodziny (czekoladki, jajka z niespodzianką, lizaki), zabieraliśmy je, mówiąc wyraźnie, że nasze dzieci nie jedzą jeszcze takich rzeczy. Skutek? Przy następnej okazji rodzinka znów obdarzała nasze córki słodkościami.
    (APEL do wszystkich: proszę, błagam, ludzie, nie dawajcie cudzym dzieciom nic do jedzenia bez porozumienia z ich rodzicami!)
    A dlaczego przegrałam z teściową? Bo zaczęła dawać moim dzieciom „zakazane” produkty po kryjomu, przekonując je, żeby nie mówiły o tym mamie! Nóż się w kieszeni otwiera, prawda? Wybrałam więc mniejsze zło: pozwoliłam na słodycze (typu herbatniki, biszkopty, czekoladę, ciasta), ale w niedużych ilościach, i żadnego ukrywania przede mną.
    Kolejna rzecz: parówki. Teściowie uważają, że nie ma nic lepszego dla dziecka od parówek! Oni jedli, my jedliśmy (ja osobiście nie jadłam, moja mama nie kupowała takich rzeczy), więc i naszym dzieciom nie zaszkodzi. Mówię tymże dzieciom: „Nie kupujemy, nie jemy parówek, bo parówki są niezdrowe.” i słyszę „Ale przecież babcia nam daje…?” Babcia, czyli teściowa. Ręce opadają poniżej stóp.
    Co jest nie tak z tym pokoleniem obecnych 50-60-latków? Otóż chyba to, że za głębokiego PRL-u w sklepach nie było takich „rarytasów” jak słodycze (poza wyrobami czekoladopodobnymi), smakowe jogurty, pięknie wyglądające wędliny… ani produktów „ułatwiających życie” typu zupy w proszku, kostki rosołowe, gotowe dania… kojarzące się z bogatym zachodem. No i kiedy w latach 90-tych nagle stało się to dostępne, ludzie się po prostu „zachłysnęli”…
    Gorzej że tak im zostało i nic do nich nie przemawia. Moja teściowa nie wyobraża sobie ugotowania zupy bez kostki rosołowej czy vegety! Ostatnia nasza rozmowa:
    T: „Ta moja zupa się nie zepsuje, bo nie ma w niej mięsa…”
    Ja: „Zupa bez mięsa…?!” (w tym przypadku byłoby to niewyobrażalne)
    T: „Nie no, wyjęłam mięso.”
    Ja: „Aha, już myślałam że ugotowałaś zupę bez mięsa…”
    T: wymowne milczenie
    Ja: „Nie da się bez mięsa, prawda? I bez kostki rosołowej? Nic nie pomogło moje wychwalanie zalet włoszczyzny suszonej, na której gotuje się przepyszne zupy?”
    T: „Eee… nie, to jest jednak zupełnie inny smak…”
    Oczywiście że to jest inny smak! Mam wrażenie, że moim córkom również bardziej smakują moje zupy, ale jak jesteśmy u teściów, to nie ma mowy! Teściowa gotuje i tak ma być. Ja nie jem, jednak dzieci coś jeść muszą…
    Na szczęście nie mam takich problemów z moimi rodzicami, ale i tak największe batalie toczymy z rodziną… gdzie na porządku dziennym jest podawanie maluchom ciastek, czekolady i – o zgrozo! – coli do picia! (Efekty już są – ostatnio okazało się, że 4-letni kuzyn ma 4 dziury w zębach…)
    Razem z mężem staramy się odżywiać zdrowo (mało mięsa, więcej ryb, żywność jak najmniej przetworzona) i wpajać jak najlepsze nawyki żywieniowe naszym dzieciom. Ale czy to się uda? Na razie dziewczynki doskonale wiedzą, że słodycze są niezdrowe, odbierają apetyt i psują zęby, i zawsze zaznaczają, że zjedzą „tylko troszkę”. Często nawet nie dojadają tych otrzymanych słodkości, także może nie jest źle? Może te dwa pierwsze lata życia bez słodyczy procentują? Ciekawe co będzie w przedszkolu – a wybierałam je, wnikliwie analizując jadłospisy (niestety nie dostaliśmy się do dietowego, z najlepszym jadłospisem).
    Na koniec: warto walczyć o zdrowe żywienie dzieci. Choć czasem jest to walka z wiatrakami.
    Pozdrawiam serdecznie Panią, Męża i kochaną Laurkę 🙂

  9. Pani Emilio,

    Chciałam serdecznie podziękować za tak szybkie i solidne podjęcie poruszonego przeze mnie tematu. A, że mój punkt widzenia zostanie przedstawiony we wpisie – tego się już zupełnie nie spodziewałam 🙂

    Muszę się przyznać: troszkę liczyłam w duchu na to, że problem ten również dla Pani jest istotny i że poruszy go Pani na blogu, który cieszy się przecież tak dużą poczytnością.
    Zazdroszczę i gratuluję , że Laura woli zjeść kapustę kiszoną lub ser zamiast lizaka. Bo mój syn niestety przepada za słodyczami i choć lubi również owoce, warzywa i inne zdrowe produkty to jednak mając wybór, wybiera słodkości. Jest to niestety efekt dokarmiania go słodyczami przez babcie i dziadka, najczęściej wbrew mojej woli i bez mojej wiedzy. Ja sama też prawdopodobnie się do tego przyczyniłam, gdyż w ciąży często jadałam czekoladę, którą – przyznam się szczerze- wręcz uwielbiam (syn zresztą odziedziczył chyba po mnie miłość do czekolady). No a przecież podobno nasze preferencje smakowe kształtują się już w łonie matki.
    Pani wpis również mnie zmobilizował do tego, by bardziej stanowczo i konsekwentnie reagować na dokarmianie mojego dziecka niezdrowym jedzeniem.
    Pani, Sobie i Wszystkim Mamom życzę wytrwałości w walce z „dokarmiaczami”.

    Pozdrawiam serdecznie

  10. Czytam wszystkie komentarze i dobre rady , bo temat jest wazny i coraz czesciej zastanawiamy sie nad jakoscia zywienia i wplywu zywienia na zdrowie. Tylko mam pytanie – bez zadnej ironii czy aluzji . Co ma jesc czlowiek i jak zywic rodzine, gdy tak jak ja mieszka w bardzo duzym miescie, nie ma jakiejkolwiek mozliwosci zakupu ” zdrowej ” zywnosci – od rolnika itp. Zakupy robie w supermarkietach, od miesa poczawszy a na owocach czy warzywach skonczywszy. Czasami zastanawiam sie czy zdrowiej jest zjesc zakupione przeze mnie np jablko , czy zdrowiej jest go nie jesc… Jak sie tak zaczne zastanawiac, to powinnam w ogole przestac jesc. Nie jestem na pewno odosobnionym przypadkiem . Czasem mam mozliwosc zakupu produktow ekologicznych , ale jest tego bardzo maly procent jesli chodzi o codzienne zywienie.

    • My też większość rzeczy kupujemy w sklepie/hipermarkecie, a tylko nieliczne produkty udaje nam się zdobyć z ekologicznych gospodarstw. Niestety, w dzisiejszych czasach nie da się uciec od chemii w jedzeniu, od pestycydów czy GMO – jesteśmy na to skazani. Jedyne, co możemy zrobić, to ograniczać ilość złego jedzenia w naszym codziennym menu. Dlatego ważne jest zwracanie uwagi na pochodzenie i skład produktu, aby wyeliminować te świństwa, które się da.

      • Dziekuje za odpowiedz p. Emilko . Staram sie, staram… ograniczac swinstwa w zywnosci , ale jak pisalam – to taki maly procent, ktory wynika z moich staran , ze na niewiele sie chyba zda , jesli chodzi o codzienne zdrowe zywienie niestety…

    • W dużym mieście rzeczywiście nie jest łatwo o ekologiczne owoce i warzywa ale nie jest to też całkiem niemożliwe. W moim mieście Wrocławiu co dwa tygodnie w niedzielę w Browarze Mieszczanskim organizowany jest od jakiegoś czasu bazar ekologiczny, gdzie można nabyć takie produkty. Na moim osiedlowym bazarku też mam stoisko ze sprawdzoną żywnością – nie ma co prawda żadnego certyfikatu eko, ale warzywa, owoce i zioła pachną tu i smakują jakby były prosto z ogródka. W pobliżu mojego osiedlowego sklepu ustawia się co weekend Pani z mlekiem „prosto od krowy”, domową śmietaną i z jajkami od swoich kur. Często po osiedlach jeżdżą też rolnicy i sami pukają do drzwi mieszkańców z ofertą swoich plonów. Oczywiście pozostaje problem sprawdzenia i kontrolowania, czego Ci rolnicy dodają do swojej marchewki, bo zazwyczaj nie mają certyfikatów, zresztą certyfikowana żywność eko jest po prostu droga. Ja jednak zazwyczaj kieruję się zapachem, smakiem i wyglądem takich warzyw, no i też przyjmuję pewną dozę zaufania. Niektórzy mieszkańcy dużych miast sami nawiązują kontakty z rolnikami i zamawiają produkty, stając się ich stałymi klientami. Ekologiczny styl życia staje się coraz bardziej modny, zwłaszcza w wielkich miastach i z moich obserwacji wynika, że oferta żywności ekologicznej jest coraz szersza i coraz bardziej dostępna. Nie wiem, w którym mieście Pani mieszka, ale sądzę, że w każdym można znaleźć jakąś alternatywę dla supermarketowego jedzenia. Choć rzeczywiście wymaga to pewnego wysiłku.

      Pozdrawiam

  11. Naprawdę nie wiem jak matki mogą dawać swoim dzieciom chipsy, batoniki,żelki, pianki, colę itp. czego jestem częstym świadkiem w sklepach spożywczych i na ulicy. Powiem jedno – sama staram się jeść to co zdrowe i nieprzetworzone i tak też karmię swojego męża(dzieci jeszcze nie mamy). Kanapki dostaje z własnoręcznie zrobioną wędliną i sałatą,pomidorem kupioną na targu a nie w markecie.A do picia sok pomarańczowy i wodę mineralną,żeby mu do głowy nie przyszło kupić colę czy inne świństwo. Dbam o to,codziennie robię zakupy i szykuję mu te kanapki itd., mimo iż rano spieszę się do pracy, bo kocham go i chcę dbać o jego zdrowie. I nie wiem co takie matki mają w głowie,że nie zależy im na zdrowiu swoich dzieci, przecież teraz tyle mówi się o chemii w jedzeniu itp. Jak widać ciemnota panuje i do niektórych nic nie przemawia!

    • Skoro uważasz, że pomidorki z targu nie są nafaszerowane chemią to sama jesteś ciemna

    • A to mąż rączek nie ma żeby sobie samemu kanapkę zrobić? Dla mnie to jest delikatnie pisząc oznaka ciemnoty…..

    • Nie wiem jak można narzucać dorosłej osobie co ma jeść. Mąż też dupa, ze daje sobą pomiatać.

  12. Moja znajoma, matka w tej chwili 5 dzieci zaprotestowała, gdy przed hipermarketem pan chodzący na szczudłach poczęstował jej trzyletnie dziecko lizakiem.

    Ja sama lubię takie jedzenie. Niestety, od czasu do czasu mam ochotę na chipsy 😉
    W 2012 roku w czasie EURO przestałą mi smakować czekolada, może to samo stanie się z czipsami?
    Ech, mogę nie jeść słodyczy, ale póki co – nie potrafię zrezygnować ze słodzenia herbaty. U owej koleżanki podaję siebie jako anty-przykład, gdy jej dzieci niepotrzebnie sięgają po cukier.

    A na podstawie zdjęcia nie da się wywnioskować, dlaczego Laura ma taką, a nie inną minę. Może o czymś rozmyśla, może stroi miny do aparatu, może co innego.

    Jakość jedzenia/mięsa to zupełnie inna sprawa. Czasami nawet mój kot go jeść nie chce, gdy dzień w lodówce postoi. Spacerując z psem w sklepie mięsnym zauważyłam ciekawe ogłoszenie „SPRZEDAJEMY MIĘSO BEZ NASTRZYKÓW”. Jak byłam mała to uwielbiałam wędlinę domowej roboty, prosto z wędzarni.

  13. A ja mam pytanie do wszystkich „zdrowych” mam, do Ciebie Emilio tym bardziej:) ponieważ w granicach zdrowego rozsądku również unikamy różnych słodkości, które zamieniamy na owoce sezonowe z ogródka, to zawsze się zastanawiam jak postępować i co kupować innym dzieciom, do których jedziemy w odwiedziny czy do rodziny czy znajomych, wiadomo jak się do kogoś jedzie i tam jest dziecko to zawsze się coś daje dziecku (przynajmniej my tak mamy) no i właśnie tu zaczyna się mój problem, bo nie chce dawać innemu dziecku czegoś, czego nie chciałabym żeby dostała nasza córka (nawet jeśli wiem, że owe dziecko jest karmione syfem jaki tylko istnieje na świecie). No właśnie co kupujecie drogie mamy innym dzieciom, lub co byście kupowały. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii:) Pozdrawiam Marta

    • Ja nigdy nie kupuję innym dzieciom słodyczy, w ogóle nie kupuję niczego do jedzenia. Zazwyczaj idąc w gości darujemy jakiś drobiazg edukacyjny dostosowany do wieku dziecka – książeczkę edukacyjną, kolorowankę, grę planszową czy puzzle. Przy czym wcześniej staramy się ustalić z rodzicami, jakie są preferencje dziecka.

  14. Wiekowo jestem pewnie bliżej Twojej mamy(52) lata ale mam 7 letnia córkę. Mam również dorosłe dzieci. Już pierwsze moje(dziś 30 letnie) dziecko chciałam wychowywać bez słodyczy. Niestety rodzina i znajomi zachowywali się dokładnie tak, jak opisujesz. Po przeszło 20 latach nic się nie zmieniło. Przybyło tylko słodyczy w sklepach i problem stał się jeszcze większy. Z przerażeniem patrzę na młode mamy, które zamiast drugiego śniadania dają do szkoły dzieciom pieniądze na zakup np. batona. Ja jestem dla nich stara nie z powodu wieku czy wyglądu ale właśnie dlatego, że robię kanapki. Jak robiono dawniej.
    Niestety, nie ma żadnej ale to absolutnie żadnej promocji zdrowego żywienia dzieci, ani w telewizji ani w gazetach. Szczególnie powinna być w kolorowej prasie przeznaczonej dla młodych kobiet. Nie tylko w gazetkach dla młodych matek.
    Z moich obserwacji wynika, że większość mam nie ma ochoty się zastanawiać nad tym co podaje dzieciom do jedzenia. Szkoda tylko, ze dzieci, których mamy starają się dbać o ich żywienie czuja się gorsze, bo nie jedzą codziennie słodyczy. U mnie jest to problem. Pozdrawiam.

  15. Zobaczcie, jaka fantastyczna szkoła! Aż żal, że nie wszystkie szkoły mają takie podejście do żywienia dzieci. Życzyłabym sobie takiej w każdej gminie! http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/56,100040,9759550,Picie_coli_to_obciach.html

  16. A ja mam inne zdanie na temat odżywiania.Uważam ze nasze predyspozycje to smaków wcale nie kształtują sie w dzieciństwie a duzo duzo wcześniej,Nie ma żadnej reguły ze dziecko które nie karmione slodyczmi w dziecinstwie nie bedzie ich jadlo jako nastolatek czy dorosly.
    Podam przykład ,Mam 13- nastoletnia córkę .Jako dziecko jadla słodycze ,chociaz w rozsadnych ilosciach ,jednak musze przyznac ze nigdy za nimi nie przepadała i nie przepada do tej pory w ogole nie toleruje zadnych słodkich potraw,czy to nalesnikow czy makaronow na slodko itd.Babcie przynoszą slodycze ktore zalegają potem na jej biurku czasami miesiącami .Lody toleruje tylko wodne ,czasami zje batonika ale musi byc w ciemnej czekoladzie bron Boze w mlecznej .I jeszcze jedno tak do 5 tego roku zycia jadla wszytko ,moglam jej podac w zasadzie kazdy posilek i wszystko jej smakowalo ,gdy poszla do szkoly nagle wszystko przestalo jej smakowac ,jej ulubione potrawy zostaly wykreslone z menu ,Teraz tez ma kilka potraw które je na okrągło ,Wiec w czym rzecz?Mysle ze kwestia ksztaltowania predyspozycji smakowach i nawykow zywieniowych jest bardziej zlozona niz nam sie wydaje.Pozdrawiam

    • A może Pani córka to wyjątek, który potwierdza regułę? :). Z tego, co kojarzę, informacja o kształtowaniu się gustów smakowych we wczesnym dzieciństwie została potwierdzona naukowo. Pamiętam, że czytałam kiedyś artykuł na ten temat, choć nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć źródła.

      • Emilio może i została potwierdzona naukowo ,ale życie samo zweryfikuje te wszystkie naukowe teorie .Poczekaj parę lat i sama zobaczysz jak zmieni się gust kulinarny Laurki.Moja corka nie jest wyjatkiem ,moze jesli chodzi o same slodycze to troche ,ale znam dzieci ktore tez nie sa jakimis pasjonatami slodkiego.Co do reszty to u wiekszosci dzieci zmienia sie gust kulinarny w wieku wlasnie szkolnym .Poza tym powiem ci Emilio ze wiekszosc mam malych dzieci i tak polegnie w kwestii ich zywienia jak pojda do szkoly niestety :(Co nie zmienia faktu ze dopoki moga niech zywia je zdrowo ,tez staram sie na tyle an ile mogę aby moje dzieci jadły zdrowo .Temat żywienia jest tematem ciekawym ale myślę ze bardziej zlozpnym .Ps przepraszam za literowki ale mam problem z polskimi znakami ,(nie działa mi jeden klawisz|):)

        • Ja też uważam, że trzeba żywić dzieci zdrowo, póki możemy. Bo jak już wyrosną, to na wiele rzeczy nie będziemy mieć żadnego wpływu… Ale wiele rzeczy dzieci wynoszą z domu – czemu nie miałby taką rzeczą być nawyk zdrowego żywienia, nawet przy zmieniających się gustach? Pozdrawiam serdecznie

          • Masz racje w pewnym sensie mamy na to jakiś wpływ .Jednak powiem jeszcze cos ,pisalam o corce ale mam tez 15-stoletniego syna .Syn tez nie jest jakims fanatykiem slodyczy ale je ich na pewno wiecej niz corka. .Gdy byl maly tez straalam sie zby zdrowo jadl ,Wiadomo owoce ,warzywa ,surówki roznego rodzaju ..i jadl . A teraz jedyne warzywa ktore zje to ogorek kiszony i kalafior ,żadnej surowki nie ruszy chociaz na obiad zawsze jakaś jest .Ponieważ miedzy moimi dzicmi jest tylko 1 i 10 miesiecy roznicy ,to moge śmiało ze byli zywieni tak samo .A teraz mam problem bo kazde lubi co innego .Jest kilka potraw które lubią oboje ale w sumie to każde ma zupełnie inne gusta kulinarne .Przez to wszystko nasze menuu jest dosc ubogie chociaz zawsze staram sie przemycac przynajmniej te warzywa ktore lubia. Stad twierdze ze to nie jest wszystko takie proste .Mysle ze proces ksztaltowania upodoban kulinarnych to dlugi proces.Nie da sie go ograniczyć tylko do okresu dziecinstwa .Nie wiem tez czy sam okres dziecinstwa ma na to jakikolwiek wplyw.
            Jednak powniewac w sumie to odbieglam tu od tematu a mamy przeciez rozmawiac o zdrowym odzywianiu a nie o predyspozycjach smakowych ,to zebys mnie Emilio zle nie zrozumiala bo jestem jak najbardziej za !!!Pozdrawiam serdecznie

          • Jesteś Emilio w nieco lepszej , moze nie lepszej ale ciut innej sytuacji, moje dziecko będąc w wieku laury chodziło do przedszkola, i niestety przez te 8 godzin nie miałam i nie mam wpływu na to co dają jej Panie, Ty masz Laure cały czas obok siebie, masz 100procentowa kontrole i pewnie tak będzie tez jak osiągnie wiek szkolny pózniej. szkolne sklepiki, wizyty u koleżanek, wtedy dziecko pomimo dobrych nawyków pod wpływem rówieśników wybiera rzeczy niezdrowe.

          • Tak, masz rację jak najbardziej. Niestety żywienie w przedszkolach często woła o pomstę do nieba, wiem to doskonale.

      • mam dwoje dzieci… obydwoje wychowane bez słodyczy!!! syn (lat 8) może obejśc sie bez cukru… ukochany deser;pkasza jaglana z pieczoną gruszką i bakaliami… czekolada- bleee itp… Córka, gdy po raz pieerwszy w wieku 4 lat spróbowała czekolade (u babci) oszalała na jej punkcie i na punkcie wszelkich słodyczy… gdyby nie ograniczenia i fakt, że słodkości nie ma u mnie w domu mogła by je jeść bez końca… na urodzinach u kuzyki zjadła 2 tabliczki czekolady i nie miała dosyć…ja byłam przerażona!!!!

      • moje dzieci do 3 roku życia nie zaznały smaku cukru! Syn dziś 8 lat… słodyczy nie jada, ulubiony deser- kasza jaglana z pieczoną gruszką i bakaliami, Córka lat 5…pierwszy raz pomaskowała czekolady u babci… i oszalała na jej punkcie… a po tym incydencie poszło lawinowo… słodycze wręcz uwielbia (tak jak jej tatuś, który nigdy w domu słodyczy nie je) a Syn podobnie do mnie może bez cukru obyć sie bez najmniejszego problemu… i jak to wytłumaczyć???

  17. Będąc w ciąży postanowiłam, że moje dziecko do trzeciego roku życia nie będzie jadło słodyczy, co uchroni mnie od niepohamowanych, dziecięcych napadów i wymuszeń na słodycze, które często widywałam u dzieci znajomych. Rodzina została uprzedzona, prosiliśmy, tłumaczyliśmy, ze nie dajemy małemu żadnych ciast i innych lizaków, a z czasem okazywało się, że polegamy na całej linii. Babcia, która zajmowała się synkiem, kiedy pracowaliśmy, dawała mu słodycze i od małego nakłaniała, żeby nic nam nie mówił…Tłumaczyła potem, ze „rodzice są od wychowywania, a babcie od rozpieszczania”. Oczywiście szereg sytuacji, opisanych przez Ciebie i innych czytelników, też masowo miał miejsce. I teraz synek ma 4 lata, uwielbia słodycze, praktycznie nie odmawia niczego, co słodkie i zawsze łakomie patrzy na stół w poszukiwaniu łakoci. Tyle naszego, że nie zna smaków chipsów, lizaków, pianek, galaretek w cukrze, lubi wodę, ale jak by mógł, to oczywiście słodki soczek ma pierwszeństwo. A teraz mój drugi półtoraroczny synek je słodycze w ograniczonych ilościach, ale nawet już nie zamierzam walczyć z babciami o dietę bezsłodyczową, bo to nie do przejścia w rodzinie. Ale warto próbować, w sumie uważam, że moje dzieciaki nie jedzą źle, choć mogłoby być o wiele lepiej.

  18. Z jedzeniem mojego dziecka od dłuższego czasu miałam problem on uwielbia zupy z duża ilością warzyw tak samo chętnie je owoce ale jak widz mięso to od razu mówi bleeeeee i ze to jest ochyda ma 2 i pół roku tak jest chyba od kad skończył rok . Wtedy moja teściowa cały czas nagabywało a czemu mu nie daje mięsa pewnie dlatego ze sama jadam mięso raczej zadko. Na początku trochę sie martwiłam ze mały nie chce jeść mięsa jednak po rozmowie z lekarka która powiedziała żeby jakiś kawałek przemycić w zupie i sie nie przejmować bo mam zdrowe dziecko. Jednak moja teściowa dalej nie ustępuje co często kończy sie płaczem mojego dziecka a wtedy próbuje go przekupić jakim sztucznym słodyczami. Mnie uważa za dziwolonga który sam piecze chleb nie wiadomo po co i jak dziecko chce chlebusia ja zwykle upominam ze mamy pieczony zdrowy chleb a mały nie lubi tego sklepowego. Tak samo jak mowię ze w Naszych zupach nie używamy sztucznych kostek rosolowych ani vegety to zawsze słyszę ze przesadzam. I zgodzę sie z innymi mamami ze naprawdę cieżko zdrowo wyżywić dziecko !!!!!!! I mam apel do babci cioć itd to MAMA decyduje o tym co je i jak wychowuje swoje dziecko !!!!!!!!!!!!!

  19. Wojny z rodzina to pikus, naprawde. Na szczescie nie mam problemu z tym, co rodzina sobie o mnie pomysli, po prostu „really, truly, deeply” mam to gdzies.
    Gorzej, ze batalie musze toczyc z wlasnym mezem. Na tym polu jest zle, bo czesto konczy sie awantura miedzy nami, oraz skolowanym, zdezorientowanym dzieckiem. I nie ma tu latwych rozwiazan, bo o ile ludziom postronnym moge powiedziec „odczep sie ode mnie i mojego dziecka” o tyle maz ma takie samo prawo do decydowania w sprawach zywienia jak ja.

    • ps. ale ten filmik nie jest o niezdrowej zywnosci przeciez. Od razu widac ze to jakas akcja wegan albo innych zielonych, chociaz co do chowu zwierzat maja racje. Nie zgadzam sie z puenta, ludzie nie dlatego kupuja co kupuja bo „wola patrzec w inna strone” tylko z calkiem innych powodow, dwa najczetsze to brak dostepu do zdrowej zywnosci i/oraz finanse, w dalszej kolejnosci jest brak czasu oraz wzgledy towarzyskie.

      • Filmik pokazuje na przykładzie marketingu produktu, jak łatwo manipulować ludźmi w kwestii wyboru kupowanej żywności. Przytoczone przez Panią argumenty są jak najbardziej słuszne, ale myślę, że świadoma ignorancja w wielu przypadkach też ma spore znaczenie.

  20. Widac po minie Laury jak kocha te zdrową żywnośc którą ją faszerujesz….

    • Idź trollować gdzie indziej.

    • Pewnie, ze widać. Zadowolone, zdrowe, szczesliwe dziecko. Według mnie to wlasnie widać po minie Laury.

    • Faszerować można chemią a nie zdrową żywnością.
      Laura dzięki ciężkiej pracy Emilii , pomimo swojej choroby jest dziewczynką która zjada i trawi coraz więcej produktów gdzie wcześniej ” jadła” kroplówki.

  21. Bardzo prawdziwy wpis. Znam te pełne pobłażliwości wtyki rodziny odnośnie tego, że dziecko pije wodę (czystą, nie smakową!), herbatę czy kompot bez cukru i nie je słodyczy czy chipsów. Przecież robię mu ogromną krzywdę i pozbawiam dzieciństwa. Jeśli karmienie dziecka kilogramami cukru ma być synonimem szczęśliwego dzieciństwa to tylko pogratulować tak ograniczonego widzenia… Sama zostałam wychowana na słodzonych napojach i byle jakim jedzeniu, czego konsekwencje odczuwam do dziś. Wiele lat walczyłam ze sporą nadwagą, co dla młodej dziewczyny było niebywałą traumą i ma swoje skutki do dziś.

  22. Byłam od małego karmiona słodyczami,czipsami itd, do picia zawsze dostawałam przesłodzone soki,cole. I moim zdaniem to jest wielka krzywda dla takich dzieci. Później jest straasznie trudno zmienić swoje nawyki… Na szczęście jestem na dobrej drodze i stopniowo się teraz tego wszystkiego oduczam 😉 A społeczeństwo mamy koszmarnie konserwatywne. Kiedy mówie, że nie jem czipsów,słodyczy czy mięsa to też każdy patrzy się na mnie jak na kosmitę.

    • Ja przez długi czas również bardzo źle się odżywiałam, w sumie to nawet tragicznie. Dopiero ciąża, a później choroba Laury zmobilizowały mnie do zmiany stylu życia. Gratuluję Ci postępów, bo uważam, że na dobre zmiany nigdy nie jest za późno 🙂

  23. Ostatnio na placu zabaw pewna mamusia chciała poczęstować mojego smyka rozpuszczalną gumą do żucia. Byłam w takim szoku bo smyk ma 11 miesięcy i nawet nie wpadłabym na pomysł że można by było takiego dziecku dać taką gumą. Ta mamusia miała takie wielkie pudełko z różnymi słodyczami, i cały czas czymś częstowała swoją córeczkę. A przy okazji narzekała jak jej dziecko nie chce jej nic jeść w domu, ani obiadu, ani owoców. Jak ja bym tyle zjadła słodyczy to też już nic bym nie zjadła. Najgorsze jest że mnóstwo moich koleżanek narzeka na dzieci-niejadki, ale serwują im w międzyczasie tyle słodyczy, że ja sie naprawdę nie dziwią ich dzieciom. Dziecko nie zjada im obiadu więc za 10 minut przynoszą im miskę słodyczy żeby cokolwiek zjadło. Mój smyk uwielbia jeść wszystko, nie ma problemów z obiadami czy owocami, ale ze słodyczy to dostaje własnej roboty ciasto z owocami . I to na deser a nie przed posiłkami. I jak z jakiegoś powodu nie chce mi zjeść obiadu to czekam aż zgłodnieje a nie próbuję zapchać go czymś innych. I na plac zabaw jak idę na te max 2-3 godziny nie potrzebujemy jedzonka bo naprawdę smyk wytrzyma tyle bez jedzenia. I wróci z większym apetytem na obiad.
    Najlepsze są miny różnych znajomych jak chcą częstować smyka jakimś słodyczem (wafelkiem, ptasim mleczkiem itp) a ja mówię że smyk nie jadł jeszcze czegoś takiego. Mina w stylu „to dziecko ma prawie rok i nie zna jeszcze smaku ptasiego mleczka, biedne dziecko”.

    • Dokładnie! Moja siostra robi to samo. Dzieciaki jedzą non stop, albo czekoladkę, albo cukiereczka, albo ciasteczko, albo chipsy. A potem jest lament, że nie chcą zjeść obiadu.
      Nie jestem przeciwniczką dawania dzieciom słodyczy, ale wszystko z umiarem.
      Jakbym przez cały dzień napychała się cukrem to też nie byłabym głodna…
      Ale jak to zmienić? Nie mam pojęcia. Raz zwróciłam siostrze uwagę, ale więcej nie wypada mi się wtrącać w wychowanie nieswojego dziecka.

      • A no właśnie – wszystko z umiarem. Nie ma co popadać w skrajność. Niejedna mama byłaby zdziwiona jakby wiedziała ile chemii i szkodliwych substancji znajduje się w niby to zdrowych pokarmach. Myślicie, że dajecie dziecku zdrowe jabłuszko albo marchewkę a czasem jest tam więcej chemii niż w cukierku.

    • Laura do 3 roku życia nie jadła żadnych słodyczy, dzięki temu nie przyzwyczaiła się do słodkiego smaku. Teraz to procentuje, gdyż Laura woli normalne jedzenie od cukrowego. Jest też przyzwyczajona do smaków całego świata, więc każdą potrawę, nawet najbardziej egzotyczną, zjada nam ze smakiem. Teraz już dajemy Laurze słodycze, ale tylko jako deser, oczywiście nie codziennie i zazwyczaj są to wypieki, które sami uwielbiamy lub gorzka czekolada. Uważam, że nie karmienie dziecka słodyczami do około 3 roku życia to świetne posunięcie, które pomaga maluchowi kształtować prawidłowe nawyki żywieniowe. Jeśli miałabym zdrowe dziecko, to też postępowałabym dokładnie w ten sam sposób.

      • Zgadzam się, tak małe dziecko wcale nie musi jeść słodyczy. Najpierw powinno poznać inne smaki, bo najczęściej jest tak, że jak dziecko zacznie jeść słodkie rzeczy to potem innych „nie lubi”.
        Dzieci nie chcą jeść obiadu, bo nie sa głodne, ale za chwilę łapią po słoik z nutellą. Ciężko jest jednak zmienić u maluchów nawyki żywieniowe, dlatego uważam, że Laurę powinno sie stawiać za wzór wielu mamom.
        Że już nie wspomnę o skutkach ubocznych, takich jak np. popsute ząbki. Ja przez całą moją karierę z mleczakami miałam może jeden popsuty ząb, a teraz powszechne jest, że dzieciaki mają zepsute do połowy jedynki (!). Przecież to nic innego jak cukier i słodzone gazowane napoje.
        A co sądzisz o diecie wegetariańskiej u dzieci? Znam kilka osób, którzy sami będąc weganami/wegetarianami propagują takie nawyki żywieniowe także u małych dzieci. Czy ta dieta jest w stanie dostarczyć dziecku wszystkich niezbędnych składników do prawidłowego rozwoju.
        Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat.
        Pozdrawiam

        • Odpowiem na ten komentarz, jak tylko dostanę się do komputera, bo z telefonu niewygodnie mi się pisze.

          • Nie jestem specjalistą w kwestii wegetarianizmu, bo sama nie jestem wegetarianką. Uważam jednak, że jak najbardziej dzieci mogą być żywione dietą wegetariańską, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy potraktujemy to naprawdę poważnie. Dziecko musi otrzymywać wszystkie składniki odżywcze niezbędne do prawidłowego wzrostu i rozwoju. Jeśli więc chcemy zastępować białko i tłuszcze zwierzęce składnikami roślinnymi, to wymaga to od nas dużej wiedzy oraz wielkiej dbałości o dietę dziecka. Nie przekonuje mnie jednak dieta wegańska, ponieważ nie wyobrażam sobie diety dziecka bez masła, serów, ryb czy jajka – przy czym jajko od wiejskiej kury uważam za jeden z najważniejszych produktów w diecie dziecka.

            Nie jestem przeciwniczką mięsa, ale uważam, że w dzisiejszych czasach jego spożywanie jest poważnym problemem i przyczynia się znacząco do pogorszenia naszego zdrowia. Pierwszym powodem jest fatalna jakość mięsa ze zwierząt sztucznie pędzonych paszami pełnymi antybiotyków i hormonów wzrostu, w przemysłowych farmach, gdzie zestresowane zwierzęta często nawet nie widzą słonecznego światła. Drugim powodem jest to, że spożywamy za dużo mięsa. Kiedyś mięso jadło się raz w tygodniu w niedzielę, a w niektórych domach nawet raz w miesiącu. A dziś jemy je praktycznie codziennie.

            U nas w domu Kuba jest totalnym mięsożercą, więc nie ma opcji, abym mogła zrezygnować z mięsa w diecie i niestety gości ono na naszym stole kilka razy w tygodniu. Jednak staram się, aby było to mięso dobrej jakości, z lokalnych masarni lub od gospodarzy, a nie z hipermarketów. Ponadto właściwie nie jemy drobiu, ponieważ w obecnych czasach sposób hodowli drobiu woła o pomstę do nieba, czego efektem jest najgorsze, najbardziej niezdrowe ze wszystkich mięs.

        • Popsute zęby to nie zawsze efekt spożywania cukrów i słodzonych napojów gazowanych. Moje dzieci jedzą słodycze, piją gazowane napoje a ich zęby są w idealnym stanie. Młodszy syn (6 lat) nie ma nawet śladowych ilości próchnicy. Więc proszę nie uogólniać.

          • To, że węglowodany są przyczyną próchnicy to nie jest moje uogólnienie tylko wyniki badań i podejrzewam, że każdy stomatolog to potwierdzi.
            Wiadomo, że jeśli prawidłowo dba się o higienę jamy ustnej to ryzyko próchnicy się zmniejsza, ale z dziećmi i myciem zębów różnie bywa..
            Najwyraźniej Twoje dzieci albo mają wyjątkowo odporne zęby, albo po prostu przykładasz dużą wagę do ich mycia.

  24. Ja mam to szczęście że mój 9cio miesięczny syn nie jest alergikiem a przynajmniej na chwile obecną pomimo jego bardzo urozmaiconego menu nie znalazł się żadem produkt który go uczula.
    Jednak pomimo młodego wieku mojego syna musiałam stoczyć już nie jedną ” bitwę” z babciami czy ciociami.
    Uważam że jeżeli chce się poczęstować czymś nie swoje dziecko należy najpierw uzgodnić to z rodzicem tego dziecka i nie jest ważne czy jest to dziecko alergiczne czy nie.
    Mój syn jest bardzo sprytnym chłopcem, bardzo lubi sam jeść i interesuje się nowymi smakami ale te nowe smaki chcę wprowadzać mu JA- z pewnego źródła , świeże i umyte.
    A poza tym czasami bywa tak że dziecko albo jest właśnie po sytym posiłku bądź czekam na większego głoda aby z apetytem zjadł przygotowaną przeze mnie zupę a wtedy muszę walczyć z częstującymi syna ” bo przecież jeden biszkopcik czy ciasteczko mu nie zaszkodzi”.
    Sezon truskawkowy? Pewnie!! Truskawki są super , mój syn je uwielbia i otrzymuje je często ale….
    Ale ja kupuję truskawki z dobrego źródła , wiem że nie są pryskane i nie zaszkodzą maluchowi i dostaje białej gorączki jak teściówka chce nakarmić dziecko truskawkami z hipermarketu tłumacząc mi że wychowała przecież dwoje dzieci i żyją.
    Każda mama mogłaby przytoczyć pewnie po 100 takich sytuacji- ja również.
    Jednak chodzi o zasadę która powinna być powszechna i moim zdanie wpisana do książki ”Savoir vivre” a mianowicie : Przed poczęstowaniem nieosobistego dziecka czymkolwiek skonsultuj temat z rodzicem.
    Och, o ile życie byłoby wtedy łatwiejsze……

    • Zgadzam się jak najbardziej! „Przed poczęstowaniem czymkolwiek cudzego dziecka skonsultuj się z jego rodzicem” – dobre hasło na kampanię społeczną 🙂

  25. Z tym starszym pokoleniem już tak jest… choć mnie moją mamę bardzo trudno zrozumieć, bo mnie nie faszerowała słodyczami a w domu miałam dostęp do tych z najwyższej półki, dobrej jakości i nie stanowiły dla mnie obiektu pożądania. A teraz wpycha z moje dziecko margarynowe ciasteczka i wafelki… fuj. Cały czas z tym walczę a ona nadal nie odpuszcza. Oczywiście znajomi mniej ogarnięci również przynoszą różne pianki, żelki itp, na szczęście moje dziecko takich rzeczy nie jada i przechodzi obok kolorowych opakowań obojętnie. Nie znaczy, że nie jest słodyczowy, uwielbia domowe ciasta, ciasteczka ( w zimie piekłam pierniczki) i gorzką czekoladę.
    W przedszkolu bywa różnie, jak rodzice przyniosą ciasto na urodziny dziecka, to zjada, ale cała reszta pozostaje nietknięta.
    Generalnie z całym jadłospisem było kiedyś łatwiej, jadł wszystko, co mu podsunęłam, a teraz ma swoje zdanie i coraz trudniej jest budować pełnowartościowe i urozmaicone menu. Aktualnie ma fazę na jogurty i serki i tylko tym mógłby żyć a obiad okupiony jest długimi pertraktacjami.

  26. Ja jestem wegetarianinem i żałuje tylko,że tak późno to zrobiłem.
    Zdrowa żywność to podstawa zdrowego życia pomijając różne choróbska
    z którymi np.Laurka i Wy zmagacie się na co dzień.
    Nie ma co organizmowi „dokładać” złym żywieniem.
    Na fotkach Laureczka wygląda CUDOWNIE!!!
    Pozdrawiam 🙂

    • Czyli jedzenie wegetariańskie jest zdrowe, a dieta mięsna już nie?
      Trochę mierzi mnie to podejście i wszechobecna propagandna na niejedzenie mięsa.

      • Zgadzam się całkowicie. Coraz częściej hasło wegetarianizm jest używane jako synonim zdrowego odżywiania…

        • Nasze organizmy od wieków przyzwyczajone są do jedzenia mięska i jest ono nam bardzo potrzebne do zdrowego funkcjonowania.
          Owszem, ludzie przechodzący na wegetarianizm często czują się świetnie ( ale nie mówi się głośno o tym że bardzo często tak nie jest ) i mają dobre wyniki.
          Jednak dieta wegetariańska jest modą naszych czasów i nie jest sprawdzona jako dieta długotrwała. Nie mówię o byciu wegetarianinem przez rok czy pięć.
          Mówię o tym że nie znamy wpływu diety bezmięsnej stosowanej przez np. 5 pokoleń.
          Ówczesna nagonka na mięso poszła w bardzo złym kierunku.
          To nie mięso jako mięso jest złe!
          Złe i niezdrowe jest mięso które teraz jest dostępne.
          Drób karmiony sterydami i hormonami, bydło faszerowane antybiotykami i karmione dziwnymi paszami, wędliny przerabiane w taki sposób że przestają byc mięsem itd. , itp.
          Takie mięso może rzeczywiście szkodzić.
          Ale nie przesadzajmy i nie uniżajmy wartości mięsa.

          • Nie zgodzę się z Panią. Jedzenie mięsa nie jest niezbędne dla zdrowia, i to nawet dzieci. Przynajmniej w naszym klimacie. Pediatrzy już dziś przyznają, że dobrze zbilansowana dieta wegetariańska (laktowowegetariańska, czyli zawierająca produkty mleczne i jajka) jest dla dziecka zupełnie wystarczająca, a może nawet zdrowsza. Niebezpieczny może być weganizm, bo dieta wyłącznie roślinna może powodować niedobory białka i wapnia. Natomiast warzywa, zboża, pestki, owoce, jogurty, sery, jajka, dobre oleje (lniany, rzepakowy tłoczone na zimno), kwasy DHA pochodzenia roślinnego, zaspokajają wszelkie potrzeby żywieniowe dziecka. Mięso to kwestia przyzwyczajenia, tradycji, upodobań smakowych. Przynajmniej w naszym klimacie, przy dostępności i różnorodności pokarmów nie trzeba jeść mięsa, żeby być zdrowym. Ja tego nie robię od ponad 20 lat. Mój synek również – skończył 3 lata i ma się dobrze. Zmieniłam sposób odżywiania pod wpływem wiedzy o tym, jak wyglądają przemysłowe hodowle zwierząt na mięso. Przez gardło już mi więcej nie przeszło. Jak mawiał Oskar Wilde: „Zwierzęta są moimi przyjaciółmi, a ja nie jadam swoich przyjaciół”. Poza tym dieta wegetariańska nie jest wymysłem naszych czasów. Wegetarian w ostatnich latach przybywa, ale wielu ludzi na świecie żyje tak od pokoleń.

          • „Pediatrzy już dziś przyznają, że dobrze zbilansowana dieta wegetariańska (laktowowegetariańska, czyli zawierająca produkty mleczne i jajka) jest dla dziecka zupełnie wystarczająca, a może nawet zdrowsza. ”

            Ale obserwacje pokazuja jednak, ze dieta wegetarianska moze byc i czesto jest bardzo niezdrowa. Wystarczy wybrac sie do wegetarianskich restauracji i zobaczyc co serwuja… Mieso trzeba czyms zastapic, czym, najczesciej zapalnym nabialem albo „miesem” sojowym. Nie wiadomo co gorsze, bo soja GMO, a produkty mleczne przy obecnej technologii produkcji sa kancerogenne i alergogenne. BOimy sie, i slusznie, antybiotykow w miesie, a czy ktos wie, ze sery zolte rowniez zawieraja czesto antybiotyki? Udzial zboz w diecie tez czesto zwieksza sie gdy sie odstawi mieso- i przewaznie nie jest to kasza gryczana czy jaglana tylko buleczki pszenne.
            Dochodzi rowniez kwestia, ze dieta wegetarianska nie dostarcza wszystkich skladnikow, trzeba suplementowac na pewno B12, no i tez D3, i O3.
            JAk napisala wyzej Emilia, aby sie z sukcesem odzywiac wegetariansko trzeba miec naprawde duuuza wiedze. Malo kto taka wiedze ma, Pani rowniez ma braki, skoro mleko krowie zalicza Pani do zdrowych.

          • „Wystarczy wybrac sie do wegetarianskich restauracji i zobaczyc co serwuja… Mieso trzeba czyms zastapic, czym, najczesciej zapalnym nabialem albo „miesem” sojowym. Nie wiadomo co gorsze, bo soja GMO, a produkty mleczne przy obecnej technologii produkcji sa kancerogenne i alergogenne.”

            Jeśli chodzi o soję to początkujący wegetarianie jedzą ją dość często, bardziej ogarnięci w temacie wege wiedz, że są lepsze źródła białka. Nie wiem czy wiesz, ale właśnie soja i kukurydza są modyfikowane genetycznie bo są używane jako pasza dla zwierząt. Zwierzęta są soją GMO tuczone i być może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jedząc tanie mięso zjadasz jej więcej niż wegetarianie.

            Co do restauracji, to chyba nie są one dobrym miernikiem diety wegetariańskiej.

          • „być może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jedząc tanie mięso zjadasz jej więcej niż wegetarianie. ”

            Nie zrozumiala Pani moich intencji. Ja nie dyskutuje o wyzszosci miesa nad niemiesem; ja sie odnosze i spieram z teza jakoby wegetarianskie rownalo sie z automatu zdrowe, mimo ze zjada sie mleko, jogurty, sery czy nawet ta soje.
            Przedmowczymi sugeruje, ze dieta gdzie mieso zastepuje sie produktami mlecznymi jest zdrowsza od diety miesnej. Zupelnie sie z tym nie zgadzam, mleko jest bardzo silnym alergenem i pod tym wzgledem chyba zadne mieso mu nie dorownuje. Spozywanie mleka wykazuje scisla korelacje z rakiem piersi i prostaty, bardzo silna zaleznosc z rozwojem osteoporozy. Ponadto wszelkie postacie alergii wlaczajac astme, problemy zoladkowe, biegunki, a nawet stany zapalne w uchu wymagajace drenowania czesto sa spowodowane spozywaniem mleka i jego przetworow.
            Nie wiem, czy jakiekolwiek mieso ma na swoim koncie tyle szkodliwych dzialan.
            Dlatego uwazam, ze zalecanie diety laktowegetarianskiej jako zdrowszej swiadczy o braku wiedzy.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Publikując komentarz, jednocześnie wyrażam zgodę na przetwarzanie przez Administratora Danych Osobowych bloga www.kochamylaure.pl moich następujących danych: podpis, e-mail, adres IP, w celu i w zakresie do tego niezbędnym. Przetwarzanie danych odbędzie się zgodnie z obowiązującym prawem, a w szczególności z przepisami Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. (zw. RODO) i polityką prywatności znajdującą się pod adresem www.kochamylaure.pl/polityka-prywatnosci/