Kochamy Laurę

Ty też ją pokochasz, gdy poznasz jej historię

Archive z Styczeń, 2012

ZAGINIONA!

Na prośbę Czytelników mojego bloga, zamieszczam apel o pomoc w poszukiwaniach zaginionej Madzi z Sosnowca. Istnieje ryzyko, że to półroczne dziecko zostało uprowadzone i wywiezione za granicę. Ten blog jest czytany w wielu krajach, więc przy odrobinie szczęścia może przyczynić się do pozyskania informacji na temat zaginionej dziewczynki. Proszę o pomoc każdego, kto cokolwiek wie na ten temat…

Dnia 24.01.2012 w Sosnowcu zaginęła sześciomiesięczna Madzia. Pomóżmy rodzicom tej maleńkiej kruszynki. Ci ludzie przeżywają teraz horror. Jeśli ktoś coś widział, cokolwiek wie, niech pilnie skontaktuje się z policją. Każda wiadomość jest teraz bardzo istotna w sprawie.

Rysopis Madzi:

Wzrost ok: 60-70cm, oczka koloru ciemnozielonego, widoczna wyrzynająca się dolna jedynka, włoski bardzo krótkie, koloru ciemnobrązowego, wytarte z tyłu głowy (niemowlęce).

Dziewczynka ubrana była w różową czapeczkę z białym trójkątem z przodu, dwuczęściowy komplet koloru beżowego zapinany na zamek, białe rękawiczki. Wraz z Madzią zniknął kocyk koloru różowego w kolorowe misie.

ZAGINĘŁA PÓŁROCZNA MADZIA Z SOSNOWCA!!!

 

————————————————————————————————————————————————————–

PS: Jeszcze wklejam link do programu UWAGA TVN, który w całości jest poświęcony zaginionej Magdzie i jej rodzicom. Mnie osobiście uderzył fragment, w którym ojciec małej Magdy opowiada o niemiłych komentarzach internautów – ojciec mówi, jak bardzo jest mu przykro czytać, że ludzie oskarżają rodziców o zrobienie krzywdy własnemu dziecku. Uważam, że to powinno dać do myślenia niektórym bezmyślnym osobom, zamieszczającym w internecie krzywdzące komentarze i obelgi…

KLIKNIJ NA OBRAZEK! PROGRAM „UWAGA TVN”

2012.01.28

Życie czasami potrafi naprawdę nieźle zaskoczyć, a ja miałam okazję się już o tym wielokrotnie przekonać. I znów spotkało mnie to samo zaskoczenie – czyli nagły zwrot wydarzeń, nieprzewidziana sytuacja, która wywróciła mój byt do góry nogami! Moje życie to wieczna sinusoida, która raz wznosi się szczęśliwie ku górze, by zaraz potem runąć w dół z wielkim hukiem! Nigdy nie mogę być zbyt długo szczęśliwa, ponieważ regularnie dopada mnie coś strasznego, co na chwilę mnie unieszczęśliwia. Pocieszam się tylko tym, że sinusoida równie często opada w dół, co wznosi się ku górze, dlatego z utęsknieniem będę czekać na moment, aż ponownie spotka mnie coś dobrego, co pomoże rozwiązać kolejne poważne problemy…

Piątek to był bardzo zły dzień, więc kiedy wybiła północ, ucieszyłam się, że już wreszcie minął. Zamknęłam wtedy spuchnięte od płaczu powieki i wyczerpana psychicznie do granic możliwości, zasnęłam twardo jak małe dziecko. Jeszcze niedawno cieszyłam się niezmiernie, że po urlopie macierzyńskim mogę wrócić do pracy i dzięki temu zapewnić godziwy byt mojej córce. Chwaliłam swojego pracodawcę i szczerze mówiąc nawet się dziwiłam, że po tak długiej nieobecności spowodowanej urodzeniem niepełnosprawnej córki, pracodawca umożliwił mi ponowne podjęcie pracy, że wyciągnął do mnie pomocną dłoń i cierpliwie czekał na mój powrót.

Ale jednak nie czekał, a ja byłam w swojej ufności naiwna, jak mała dziewczynka… Wczoraj, w ten cholerny piątek, nagle i bez żadnego ostrzeżenia, zostałam zwolniona z pracy. Ot tak po prostu, dostałam miesięczne wypowiedzenie oraz kartę obiegową do podpisania, zabrano mi samochód służbowy (który poza pracą służył mi do transportu Laury do szpitali), a następnie bez najmniejszych skrupułów pomachano mi na dowidzenia.

Nagle się okazało, że na moje miejsce zatrudniono innego człowieka, bardziej oddanego firmie i dyspozycyjnego, gdyż nie ma on żadnych zobowiązań rodzinnych, a ponieważ jest bardzo młody i niedoświadczony zawodowo, to łatwo nim sterować i „urabiać” go zgodnie z potrzebami pracodawcy. Na moje miejsce zatrudniono mężczyznę, który z oczywistych względów nie zajdzie w ciążę, nie pójdzie na macierzyński oraz nie będzie chodził na nieplanowane urlopy i zwolnienia lekarskie, gdyż nie ma niepełnosprawnego dziecka wymagającego specjalistycznej opieki. No i wreszcie na moje miejsce zatrudniono mężczyznę, którego sama z dużym oddaniem szkoliłam, dopingowałam do rozwoju zawodowego i walczyłam o zwiększenie jego pozycji w firmie. Na moje miejsce zatrudniono człowieka, któremu bardzo ufałam i którego uważałam niemal za przyjaciela…

A ja nagle przestałam być potrzebna, jak zużyty przedmiot, mimo, że pracowałam u tego pracodawcy długo i wykonywałam swoje obowiązki na bardzo wysokim poziomie, najlepiej, jak potrafiłam. Mój bezpośredni przełożony zwolnił mnie bez najmniejszych skrupułów, w dodatku z cynicznym uśmiechem na ustach. Ot tak po prostu, wymienił mnie na nowszy i bardziej ekonomiczny model.

Jestem teraz bez pracy, ale za to z totalnym mętlikiem w głowie. Wczoraj przepłakałam prawie cały dzień, obezwładniona uczuciem bezsilności i niesprawiedliwości, zastanawiając się, co będzie dalej. Życie znów dało mi kopa, a ja jakoś muszę z tego wybrnąć, choć jeszcze nie wiem, jak to zrobić. Ponieważ jednak wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny, to wmawiam sobie nieustannie, że utrata pracy to początek nowego, lepszego etapu w moim życiu, że widocznie nadszedł czas na zmiany, których nie da się uniknąć. W ten weekend spróbuję zapomnieć o problemach, biorąc gorące relaksujące kąpiele i beztrosko bawiąc się z córeczką. Ale już od poniedziałku zacznę rozsyłać swoje CV wszędzie, gdzie się da, a oprócz tego na wszelki wypadek obmyślać w głowie biznesplan, czyli pracę na własny rachunek. Muszę znaleźć nowy sposób na utrzymanie rodziny i to najszybciej, jak się da. Postanowiłam, że od przyszłego tygodnia wezmę się również za regularną naukę języka, aby poprawić swój kulawy angielski i stać się przez to bardziej atrakcyjna dla potencjalnych pracodawców. Czas pokaże, jak będzie wyglądać najbliższa przyszłość mojej rodziny oraz moja forma psychiczna, która od wczoraj jest bardzo mocno poturbowana. Na razie jest mi smutno, czuję się rozżalona i zaniepokojona wizją nadchodzącej przyszłości. Cóż, jak zwykle trzeba wziąć się z życiem za bary i spróbować wszystko od nowa poukładać z nadzieją, że któregoś dnia, zgodnie z prawami trygonometrii, sinusoida znów poszybuje ku górze…

Wczoraj straciłam pracę, a ponieważ nieszczęścia lubią chodzić parami, to dziś razem z Laurą znów wylądowałam w szpitalu. Córeczka szarpnęła za cewnik Broviaca (przez który do jej żył podawane są kroplówki) i spowodowała tym szarpnięciem lekkie wysunięcie się cewnika. Urządzenie, które do tej pory było niewidoczne pod skórą, teraz przesunęło się tuż pod powłoki skórne i spowodowało małe wybrzuszenie nad lewą piersią Laury. Kiedy dotknęłam skórę córki, poczułam pod palcami twardą plastikową część wszczepionego cewnika, zauważyłam też zaschnięte kropelki krwi. Pośpiesznie pożyczyliśmy samochód od naszych niezastąpionych sąsiadów, zamontowaliśmy fotelik dla dziecka i pognaliśmy do szpitala, szykując się już psychicznie na kolejny długi pobyt – byłam pewna, że uszkodzony cewnik trzeba będzie usunąć, a następnie wszczepić nowy, a to niestety jest operacja pod pełną narkozą. Na szczęście, po wykonaniu prześwietlenia okazało się, że operacja nie będzie konieczna, ponieważ mimo wysunięcia się cewnika jest on nadal drożny i może być wciąż użytkowany. Wróciliśmy do domu szczęśliwi, Laurka również tryskała wyjątkowo dobrym humorem, a ja odczytałam to szczęśliwe zakończenie dnia jako doskonałą wróżbę na przyszłość. Po drodze kupiłam jeszcze dwa kupony totolotka marząc o tym, aby powiedzieć kiedyś mojemu byłemu pracodawcy „a teraz mi to lotto!”…

Przede mną bardzo trudny okres, ale nie mam czasu, aby za bardzo się nad sobą użalać. Posiadanie dziecka zobowiązuje, dlatego muszę jak najszybciej wziąć się w garść i znaleźć nowy sposób na życie. Tak więc zaczynam kolejną walkę, ponowną walkę o lepsze jutro…

WIERSZ POŚWIĘCONY MOJEJ CÓRCE, KTÓRY PEWIEN INTERNAUTA NAPISAŁ I OPUBLIKOWAŁ NA SWOIM LITERACKIM BLOGU

2012.01.25

Ubiegły czwartek był prawdziwym maratonem, ponieważ miałyśmy zaplanowane wizyty u lekarzy specjalistów w trzech różnych miejscach. Laura, Natalia i ja już wcześnie rano zaczęłyśmy się pakować na wyjazd do szpitali – byłam zdeterminowana, aby w ciągu tego jednego dnia urlopu załatwić jak najwięcej naszych spraw. Choroba Laury, klątwa Ondyny, to zaiste prawdziwe przekleństwo – nie dość, że Laura nie może oddychać podczas snu i jeszcze do tego ma koszmarną chorobę Hirszprunga, która zdewastowała jej jelita, to jeszcze jest potencjalnie zagrożona innymi niebezpiecznymi schorzeniami. Genetycznie uwarunkowana klątwa Ondyny dodatkowo zwiększa ryzyko powstania wady serca, wady wzroku, a także zachorowania na bardzo groźny nowotwór – neuroblastomę, atakujący narządy jamy brzusznej. Oczywiście ja wychodzę z założenia, że moja córeczka nigdy nie będzie miała z tymi paskudztwami nic wspólnego, ale dla pewności postanowiłam ją regularnie badać i sprawdzać. Z tego też względu, razem z zaprzyjaźnionymi lekarzami, zaplanowałam Laurze 72-godzinny zapis akcji serca w celu monitorowania pracy tego organu oraz USG jamy brzusznej w celu wykluczenia nowotworu. Badania chcę przeprowadzać córeczce profilaktycznie co 3 – 4 miesiące, przez cały okres dzieciństwa.

Zaczęłam od umówienia Laury na konsultację w Poradni Onkologii Dziecięcej, gdzie uprzejma pani doktor zbadała Laurę, zachwycając się jednocześnie jej wspaniałą kondycją i poziomem rozwoju. Od razu po konsultacji przeniosłyśmy się na badanie USG brzucha. W gabinecie natknęłyśmy się na młodą i przesympatyczną lekarkę, która ku mojemu zaskoczeniu, już gdzieś o nas słyszała. Pani doktor znała imię Laury oraz miała dokładną wiedzę na temat przebytych przez nią chorób. Położyłam córeczkę na łóżku i rozebrałam do badania będąc pewna, że usłyszę w tym gabinecie same pozytywne wiadomości i z uśmiechem wrócę z córką do domu. Laura była wniebowzięta, ponieważ warunki w pokoju lekarskim były bardzo dobre – przystosowane specjalnie dla maleńkich dzieci. Przed oczami Laurki znajdował się mały notebook, na którym wyświetlane były kolorowe bajki dla dzieci z wesołym podkładem muzycznym. Kiedy Laura zmieniała pozycję, to notebook zmieniał ją razem z nią, dlatego córeczka cały czas miała przed oczami ciekawe obrazki. Dzięki temu przez całe badanie ani razu nie zapłakała, a w zamian za to klaskała rączkami i rytmicznie ruszała ramionami w takt muzyki.

Młoda lekarka przystąpiła do badania USG, oglądając dokładnie wszystkie narządy jamy brzusznej – szczególną uwagę poświęcała nadnerczom, gdzie jest największe ryzyko powstania nowotworu. Na początku wszystko przebiegało dobrze i zgodnie z planem. Ale w pewnym momencie pani doktor zbladła, ponieważ zauważyła na ekranie monitora coś niepokojącego, a ja zbladłam razem z nią… Widziałam po wyrazie jej twarzy, że coś jest nie tak, ale bałam się głośno o to zapytać… Lekarka szybko wezwała na konsultację dwóch innych, bardziej doświadczonych lekarzy i ściszonym głosem zapytała, czy ten owalny kształt widoczny na ekranie to przypadkiem nie jest guz? Jezu… – szepnęłam i oblałam się zimnym potem…

Za dźwięk słowa „guz” zostałam dosłownie sparaliżowana strachem… Siedziałam w bezruchu, wlepiając wzrok w córeczkę, która beztrosko, z uśmiechem na twarzy, oglądała bajki na swoim małym komputerku. Lekarka ustąpiła miejsca doświadczonemu doktorowi, który wykonywał od nowa badanie USG, próbując zdemaskować dziwny, nieregularny, kilkumilimetrowy kształt w brzuszku mojej małej dziewczynki. Było mi na przemian zimno i gorąco, pamiętam tylko tyle, że w myślach wyszeptałam kilka razy „Ojcze nasz” i „Aniele Boży”, modląc się gorliwie, aby ten nieregularny kształt nie okazał się nowotworem. Bałam się tak strasznie, jakby chodziło o moje własne życie…

Lekarz wykonywał powtórne badanie zaledwie klika minut, ale dla mnie to była po prostu cała wieczność! Laura wciąż oglądała bajeczki i klaskała w rączki, a ja czekałam na wyrok – po chwili, ku mojej wszechogarniającej radości, „sąd” orzekł: uniewinniona…

Zobaczyłam ulgę w oczach lekarza, a dopiero po chwili zwróciłam uwagę na jego usta, które uprzejmie się do mnie uśmiechały. Wszystko jest w porządku – powiedział – wyjaśniając mi chwilę później, czym jest ten nieregularny kształt w brzuszku Laury. Pani dziecko ma anatomiczny bonus, coś, co zdarza się w naturze dość rzadko, ale jednak się zdarza – pani córka dostała w prezencie od losu dodatkową śledzionę…

No tak, pomyślałam, skoro Laura ma dwie niezwykle rzadkie choroby genetyczne, to raczej nie powinnam się dziwić, że w jej ciele są jeszcze anomalia w budowie poszczególnych organów. W okresie płodowym geny Laury musiały urządzić sobie naprawdę „niezłą imprezę”, skoro połączyły się w tak nieprzewidywalny sposób. No ale przecież lepiej jest mieć dwie śledziony, niż nie mieć żadnej, no i najważniejsze, że nie jest to żaden guz…

Z gabinetu USG wyszłam mokra ze zdenerwowania, ale już mocno uspokojona. Natalia czekała na nas pod drzwiami – spakowałyśmy się i zaczęłyśmy szukać miejsca, aby przewinąć Laurę. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że w nowo wybudowanym budynku, stworzonym w celu leczenia dzieci, nie ma ani jednego przewijaka! Westchnęłam ciężko i stwierdziłam, że w takiej sytuacji przewiniemy dziecko w toalecie dla inwalidów, gdyż jest tam więcej miejsca, niż w standardowym WC. Niestety, w tym pięknym, nowo wybudowanym budynku, toaleta dla inwalidów okazała się twierdzą zamkniętą na wszystkie spusty. Zaczepiłam przechodzącą obok pielęgniarkę i poprosiłam o otworzenie drzwi do WC, ale ona zbyła mnie i nie zatrzymując się nawet na chwile syknęła – niech pani poszuka ochrony. Cóż, nie myśląc wiele, razem z Laurą i Natalią, respiratorem, pompą do odsysania, torbą z akcesoriami i zimową odzieżą, jak wielbłądy juczne rozpoczęłyśmy wędrówkę w celu zlokalizowania jakiegoś ochroniarza. Podeszłam do pana od ochrony i poprosiłam o otwarcie drzwi do toalety, ale on zmierzył mnie groźnie od stóp do głów i orzekł, że przecież nie wyglądam na inwalidkę. Nie wyglądam, ponieważ nie jestem – odrzekłam – ale za to moja córka jest inwalidką i chciałaby skorzystać z toalety. Ochroniarz widocznie mi nie uwierzył, ponieważ zażądał wskazania miejsca, gdzie znajduje się dziecko. Pokazałam na Laurę oraz Natalię stojące nieopodal, ale dla ochroniarza nie było to wystarczające, więc zażądał kolejnych wyjaśnień. A na co choruje dziecko? – zapytał dociekliwy mężczyzna. W tym momencie mój poziom irytacji sięgnął już zenitu, dlatego bardzo stanowczym tonem odmówiłam odpowiedzi na pytanie ochroniarza i oschle poprosiłam o natychmiastowe wydanie klucza do toalety!

Jak widać przewinięcie dziecka w polskim szpitalu to nie lada wyczyn! I tak dobrze, że nie kazano mi iść po zgodę na skorzystanie z toalety dla inwalidów do samej dyrekcji szpitala …

Wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy do kolejnego szpitala na konsultację gastroenterologiczną dotyczącą żywienia Laury. Po zbadaniu córki okazało się, że wzrost i waga Laurki są idealne dla jej wieku, z tego też względu możliwe było zmniejszenie częstotliwości podawanych kroplówek do trzech nocy tygodniowo – niestety o całkowitym odstawieniu kroplówek na razie nie ma mowy. Pani doktor, która opiekuje się Laurą zadecydowała, że na razie zostajemy na dotychczasowej diecie słoiczkowej, ale musimy do tej diety włączyć substancję o nazwie cholestyramina, którą będzie trzeba dodawać do każdego słoiczkowego posiłku. Jest to lekarstwo produkowane na bazie żywicy jonowymiennej, która ma za zadanie wiązać w przewodzie pokarmowym kwasy żołądkowe. Dzięki temu kupki Laury będą bardziej zwarte i mniej kwaśne. Po jakimś czasie, jeśli ustabilizuje się proces trawienia i wydalania, będziemy powoli rezygnować ze słoiczkowego jedzenia na rzecz normalnych posiłków przygotowywanych w domu.

Niestety, aby zdobyć to niezbędne dla nas lekarstwo, trzeba najpierw uporać się z kolejnym absurdem polskiej służby zdrowia… Otóż lekarz wypisuje receptę na ten refundowany lek, ale żadna apteka w naszym kraju nie może jej zrealizować. A to dlatego, że cholestyramina z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie została wpisana na listę substancji dozwolonych i aby ją zdobyć, trzeba uzyskać zgodę samego Ministra Zdrowia. Trzeba więc w szpitalu wypełnić stosowny wniosek, który następnie ja muszę podpisać i złożyć w placówce NFZ, a w kolejnym etapie trzeba go wysłać do ministerstwa i cierpliwie czekać na uzyskanie łaskawej zgody na zakup leku. Po uzyskaniu zgody Ministra Zdrowia można importować lek z zagranicy, na przykład z Niemiec, gdzie jest on bez problemu dostępny na zwykłą receptę w każdej aptece… W praktyce cała procedura zakupu leku trwa aż 3 – 4 miesiące! Jak dla mnie to jakaś totalna masakra! Potrzebuję „na już” lekarstwa dla mojej córki, a nie mogę go nigdzie kupić, bo jakiś urzędnik wymyślił specjalne procedury na jego zdobycie. Czasem mam wrażenie, że w naszym NFZ zatrudniają urzędników tylko po to, aby komplikowali i tak już wystarczająco skomplikowane procedury, jak zawsze z opłakanym skutkiem dla pacjentów.

Oczywiście nie mam zamiaru czekać aż czterech miesięcy na zdobycie leku, dlatego postanowiłam kupić pierwszą partię specyfiku na własną rękę – bez refundacji u naszych zachodnich sąsiadów. W załatwieniu sprawy pomaga mi moja koleżanka z podstawówki Joanna, na stałe mieszkająca w Niemczech. Mam nadzieję, że uda mi się sprowadzić lekarstwo w ciągu tygodnia, dzięki czemu jelita Laurki będą mogły o wiele lepiej funkcjonować.

Dużo dziś napisałam, ponieważ dużo się ostatnio działo, ale na koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednej, niezwykle inspirującej i optymistycznej rzeczy. Któregoś wieczoru, w zeszłym tygodniu, odebrałam telefon od przedstawiciela pewnej firmy medycznej, który okazał się czytelnikiem mojego bloga. Nieoczekiwanie firma postanowiła sprezentować Laurze nowość na rynku medycznym, czyli hełmy do nieinwazyjnej wentylacji. W ciągu kilkunastu dni kurier powinien przynieść paczkę ze sprzętem, a wtedy ja zacznę skrupulatny proces jego testowania, oczywiście pod kontrolą lekarzy anestezjologów. Respirator podłącza się do hełmów tak samo jak do rurki tracheotomijnej lub masek wentylacyjnych. Tracheotomia, którą Laura ma wykonaną, wymaga okaleczenia ciała, natomiast maski czasami powodują owrzodzenia śluzówki nosa oraz odkształcenia kości twarzy. Z kolei hełmy do wentylacji są pozbawione tych skutków ubocznych, dlatego chciałabym bardzo zastosować je u Laurki. Jeśli po przetestowaniu aparatury okaże się, że podczas snu Laura w tych hełmach dobrze się wentyluje, to wtedy będziemy dosłownie o krok od likwidacji tracheotomii :) . Czyli kolejne nasze wielkie marzenie wydaje się być możliwe do spełnienia – mamy je, można by powiedzieć, na wyciągnięcie naszych ramion…

NA KONIEC JESZCZE POLECAM ARTYKUŁ, KTÓRY BARDZO MNIE PORUSZYŁ – TEMAT, O KTÓRYM WARTO MÓWIĆ CZĘSTO I GŁOŚNO: „NIE MA PŁODZIKA!”

 

IDZIEMY NA BADANIA PROFILAKTYCZNE

ZIMA W STRZEBIELINIE

2012.01.21 PIERWSZY MILION

Nie wiem, od czego zacząć i nie wiem, jak dobrać słowa, aby odpowiednio wyrazić to, o czym myślę. Chciałabym podziękować Czytelnikom za przekroczenie magicznej granicy miliona odwiedzin na moim blogu, jednak wewnętrznie czuję, że co bym dziś nie napisała to i tak będzie to zbyt mało. Mimo to, postaram się jakoś ubrać moją wdzięczność w słowa, aby ludzie mieli świadomość, jak wiele im zawdzięczamy…

Pierwsze miesiące życia Laury były prawdziwym dramatem, a córeczka kilkakrotnie wtedy otarła się o śmierć. To był najtrudniejszy okres w moim życiu i szczerze mówiąc od jakiegoś czasu staram się go wymazać z pamięci. Jednak nie potrafię zapomnieć fenomenu ludzkiej dobroci, który towarzyszył nam od samego początku. Kiedy spędzałam z Laurą w szpitalach długie miesiące, to nigdy nie czułam się samotna, ponieważ zawsze byli obok mnie ludzie gotowi wyciągnąć pomocną dłoń. Na początku, kiedy zaczęłam pisać bloga, było to zaledwie kilkadziesiąt osób trzymających za nas kciuki – Rodzina, Przyjaciele oraz garstka Czytelników bloga. Z czasem jednak tą stronę zaczęło odwiedzać coraz więcej osób kibicujących Laurce w walce o zdrowie – z kilkudziesięciu ludzi zrobiło się kilkaset, potem kilka tysięcy, kilkadziesiąt tysięcy, kilkaset tysięcy… no a dziś strona ma już grubo ponad milion odwiedzin. Na początku nie mogłam zrozumieć, jak to jest możliwe, że w dzisiejszych czasach tak duża grupa ludzi skupia się wokół chorego dziecka, wokół tematu niepełnosprawności i altruizmu. Dziś jednak już wiem, dlaczego tak się dzieje – w dzisiejszym pokręconym świecie ludzie coraz bardziej tęsknią za prawdziwymi wartościami i nawet w internecie coraz częściej szukają treści traktujących o ważnych sprawach. Dzięki temu Laura otrzymała ogromną pomoc, która dziś procentuje jej wspaniałym rozwojem.

Przez wiele miesięcy trudnej walki z chorobą było dużo sytuacji, które zależały od pomocy innych ludzi. Dzięki Przyjaciołom i Czytelnikom bloga byłam w stanie zapewnić dziecku odpowiednie warunki leczenia i rehabilitacji, byłam w stanie zadbać o jego rozwój psychiczny i fizyczny. Dzięki tym ludziom powstały możliwości sprowadzenia z zagranicy wysokiej jakości akcesoriów medycznych, lekarstw oraz maści na odparzenia. Czasem ktoś przysłał do domu paczkę z pieluchami, ubrankami lub pięknymi zabawkami, które Laurce osładzały życie. Dziś uważam, że gdyby nie pomoc ludzi, Laura nigdy nie miałaby szansy na tak zdecydowaną walkę z chorobą i tak zaskakujący rozwój.

Ten blog pozwolił mi też uruchomić kontakty z lekarzami i rodzicami chorych dzieci na całym świecie, co ma dla mnie wartość nie do oszacowania!

Wyjątkową formą pomocy zawsze było (i nadal jest) niesamowite wsparcie psychiczne, udzielane przez Czytelników, co przyznaję, pomagało mi wyjść z niejednego dołka. Życzliwość ludzka od początku była po prostu ogromna, nieżyczliwość na szczęście tylko marginalna, dlatego jestem przepełniona wdzięcznością w stosunku do wszystkich ludzi, którzy w jakikolwiek sposób nam pomogli. Nigdy nie zapomnę operacji jelit z kwietnia 2011 roku, kiedy ciężki stan córki zjednoczył w modlitwie Czytelników bloga – setki osób na całym świecie, w tym samym momencie, postanowiło pomodlić się za ratunek dla mojej Laurki.

Za każdym razem, gdy Laura i ja byłyśmy na życiowych zakrętach, to zawsze znalazł się ktoś, kto pomógł wyprowadzić nas na prostą. Sytuacji takich było naprawdę wiele, więc nie sposób ich wszystkich tu wymienić. Dzięki temu dziś nasze życie wygląda coraz bardziej normalnie i mimo ciężkiej choroby córeczki, obie jesteśmy szczęśliwe.

Przed nami jeszcze bardzo długa droga do zdrowia, wieloletnia zapewne, ale nie zraża nas to ani trochę. Przy odrobinie szczęścia i ludzkiej życzliwości wygramy także tą walkę, a w przyszłości koszmar choroby stanie się jedynie mglistym wspomnieniem…

Dziękuję, dziękuję, po stokroć dziękuję każdej osobie, która tu do nas zagląda i wspiera nas w walce o nasze ideały!

PODZIĘKOWANIA ZA PIERWSZY MILION ODWIEDZIN :)

2012.01.18 W DDTVN ZNÓW O NAS GŁOŚNO!

Kochani,

dziś spotkała mnie bardzo, ale to bardzo miła niespodzianka. Otóż w porannym programie Dzień Dobry TVN wystąpiła Pani Martyna Wojciechowska, która podobnie jak ja jest jurorem w konkursie Blog Roku 2011. W programie poruszono temat polskiej blogosfery – czyli bardzo dynamicznie rozwijającej się części współczesnego internetu. Nieoczekiwanie Martyna Wojciechowska bardzo ciepło wypowiedziała się na temat mojego bloga www.kochamylaure.pl, zachęcając jednocześnie telewidzów do jego przeczytania. Dowiedziałam się o tym będąc w pracy i nie ukrywam, że byłam bardzo mocno zaskoczona! Kliknijcie na obrazek i posłuchajcie, co ta znana podróżniczka miała do powiedzenia na nasz temat :)

PS: Pani Martyna Wojciechowska jest wyjątkowo inteligentną i silną babką – to prawdziwy zaszczyt wiedzieć, że ona również jest moją czytelniczką! Z całego serca dziękuję jej za miłe słowa i mam nadzieję, że za jej sprawą ta strona internetowa zdobędzie nowych czytelników :)

Pozdrawiam serdecznie!

Emilia, mama Laury

l

KLIKNIJ NA OBRAZEK!

MARTYNA WOJCIECHOWSKA MÓWI O BLOGU www.kochamylaure.pl ORAZ O INNYCH BLOGACH

 

Dla przypomnienia zamieszczam jeszcze link do programu Dzień Dobry TVN z marca 2011 (do obejrzenia 2 nagrania). Niestety, niektóre informacje tam podane, na przykład dotyczące mojego małżeństwa, są już mocno nieaktualne… Życie ułożyło mi się w nieoczekiwany sposób i dzisiaj już wiele spraw wygląda zupełnie inaczej… Stan zdrowia Laury dziś też wygląda inaczej – na szczęście dużo lepiej, niż przed rokiem :)

 

KLIKNIJ NA OBRAZEK!

PROGRAM O NAS W DZIEŃ DOBRY TVN Z MARCA 2011 ROKU

2012.01.17 NOWE AUKCJE DLA LAURY

Kochani!

 

Nowe aukcje charytatywne „DLA LAURY” właśnie wystartowały! Serdecznie zapraszam do licytacji! Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego!

 

Emilia, mama Laury

 laurkowe-kolczyki-1

 

laurkowe-kolczyki-2

 

laurkowe-kolczyki-3

 

laurkowe-kolczyki-4

 

laurkowe-kolczyki-5

 

niesamowita-sesja-fotograficzna

 

piękna-stylizacja-paznokci

 

piękna-kartka-uniwersalna

 

2012.01.15

Są w życiu takie dni, kiedy nic nam nie wychodzi i choćby nie wiem jak się człowiek starał, to i tak wszystko pójdzie dokładnie odwrotnie, niż powinno. Oczywiście, takie paskudne przypadki zdarzają się tylko od czasu do czasu, ale to w zupełności wystarczy, abyśmy czuli się wtedy jak kwaśne jabłko lub jak zużyta guma do żucia. A ja właśnie tak się czułam 10 stycznia, czyli w dniu mojej planowanej rozprawy rozwodowej, kiedy to polski wymiar sprawiedliwości po raz kolejny zadbał o me podłe samopoczucie…

Wniosek o rozwód złożyłam na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku, a na pierwszą rozprawę czekałam długie cztery miesiące. Kiedy wreszcie się doczekałam, to rozprawę rozwodową odwołano, ponieważ sąd zapomniał wysłać zawiadomienia do mojego prawie byłego męża… Wściekłam się wtedy straszliwie, ale pomyślałam, że w końcu i tak sprawy przybiorą pomyślny bieg, więc wszystko obróci się na moją korzyść. Kolejną rozprawę sąd wyznaczył za następne dwa miesiące, a dokładnie na dzień 10 stycznia. Wezwano na nią aż ośmiu świadków, którzy wzięli w swoich zakładach pracy urlopy, aby móc stawić się na wezwanie wysokiego sądu. Wiadomo, że łatwe to dla nich nie było, gdyż każda z osób miała swoje prywatne plany, pracę, rodzinę i wiele innych spraw na głowie. Ale dla dobra Laury niemal wszyscy postanowili stawić się w sądzie w wyznaczonym terminie, a ja byłam pełna nadziei, że dzięki takiemu zdyscyplinowaniu świadków tym razem rozprawa przebiegnie nadzwyczaj sprawnie. Czekaliśmy wszyscy z utęsknieniem, ale i tym razem dostaliśmy pstryczka w nos i na tym cała zabawa się skończyła…

Otóż dzień przed terminem ja i świadkowie zostaliśmy poinformowani, że rozprawa z 10 stycznia również została odwołana – tym razem z powodu choroby pani sędzi… Kolejnego terminu nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie – jak pani sędzia wyzdrowieje, to go wyznaczy, spodziewam się, że za kolejne długie miesiące…

Jestem zdruzgotana tak powolnym działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, a najgorsze jest to, że nie mam na to najmniejszego wpływu i nic nie mogę w tej sprawie zrobić. Bezsilność, jaka mi towarzyszy, jest naprawdę irytującym uczuciem! Od sześciu miesięcy próbuję się rozwieźć i jak do tej pory, mimo wysiłków, nawet jeszcze nie zaczęłam. Nie mogę uwolnić się od człowieka, z którym nie chcę już być, nie mogę dostać decyzji alimentacyjnej, aby zabezpieczyć swoje dziecko oraz nie mogę zmienić nazwiska. Właściwie jedyne, co mogę, to grzecznie czekać na kolejny termin rozprawy i modlić się o jak najlepsze zdrowie dla pani sędzi. Boże drogi, jak wiele absurdów spotyka na co dzień przeciętnego obywatela, jak dużo jeszcze jest w tej naszej Polsce do zrobienia…

Pomimo przeciwności losu, staram się uśmiechać do siebie i do ludzi każdego dnia oraz uczyć się nabierania dystansu do wszelkich niepowodzeń. Zazwyczaj mi się to udaje, ale niekiedy zdarzają się gorsze chwile, a wtedy mam łzy w oczach, smętną minę i zero energii. Tak się dzieje, kiedy patrząc na córeczkę uświadamiam sobie ogrom jej cierpienia. Mimo, że Laura i ja żyjemy pełnią życia, to czasami nie potrafimy uciec od tych złych rzeczy, które nas dotykają. Niestety, chociaż od operacji jelit minęły już ponad cztery miesiące, to Laurka wciąż niesamowicie cierpi każdego dnia. A ja patrzę na to i czasami opadam z sił, zalewając się po kryjomu łzami – cichutko, gdzieś w kącie, tak, aby nikt nie zauważył…

Przewód pokarmowy Laury nie funkcjonuje jeszcze zbyt dobrze i zapewne musi minąć bardzo wiele czasu, zanim się on całkowicie zregeneruje. Podczas ostatniej operacji córeczka w całości straciła jelito grube i teraz pokarm, który zjada, nie ma gdzie się zatrzymać. Całe jedzenie po prostu przelatuje przez nią w błyskawicznym tempie i nie pomaga na to absolutnie nic – ani odpowiednia dieta, ani lekarstwa spowalniające metabolizm. Ciągle leci z niej kwaśna kupka, około 10 razy dziennie, która bardzo mocno odparza i tak już zdewastowaną okolicę odbytu. Czasami wychodzą z niej kompletnie nieprzetrawione kawałki jedzenia, ponieważ krótki przewód pokarmowy Laury nie nadąża go trawić. Zazwyczaj jedzenie jest tylko w połowie strawione, więc organizm Laurki nie ma szans na wchłonięcie odpowiedniej ilości składników odżywczych. Dlatego wciąż jest ona uzależniona od dożywiania kroplówkami i niestety wygląda na to, że potrwa to o wiele dłużej, niż zakładałam…

Brak kiszki powoduje, że pokarm nie jest magazynowany przed wydaleniem, tylko od razu wylatuje na zewnątrz. Córeczka cierpi prawdziwe katusze za każdym razem, kiedy tylko kwaśny stolec wydobywa się poza jej ciało. Wije się wtedy z bólu, zaciska kurczowo nóżki i płacze, a ja zupełnie nie wiem, jak mam jej pomóc… Próbowałam już dosłownie wszystkiego, co mogłoby na dłużej zatrzymać jedzenie w jej przewodzie pokarmowym oraz wyleczyć głęboką ranę na odbycie, ale bez rezultatu. Są czasem takie dni, że muszę bardzo mocno walczyć ze sobą, aby się nie załamać. Ukrywam swoje emocje przed domownikami i przyjaciółmi, ale w środku krzyczę z rozpaczy i bezsilności. Chciałabym, aby ten koszmar wreszcie się skończył i aby córeczka mogła zapomnieć o bólu. Abyśmy wszyscy mogli o nim zapomnieć…

Próbowałam sama gotować Laurze posiłki według odpowiednich wskazań lekarza, ale przewód pokarmowy córki nie najlepiej je tolerował, mimo, że składniki były naprawdę perfekcyjnie dobrane pod kątem jej choroby. O ironio, najlepiej Laura trawi gotowe obiadki dla dzieci, takie w słoiczkach, kupowane w zwykłym supermarkecie! W ramach oszczędności starałam się gotować Laurze takie same posiłki, jak te w słoiczkach, a jako przepis stosowałam etykietę z takiego kupionego w sklepie obiadku. Niestety, mimo iż wrzucałam do garnka identyczne składniki, jak te wyszczególnione na etykiecie, to i tak moja córka miała po tym moim gotowaniu luźniejsze stolce i gorsze samopoczucie. Zostałam więc niejako zmuszona do kupowania gotowych obiadków dla dzieci i zakończyłam kulinarne eksperymenty w kuchni, aby więcej nie narażać córeczki na dodatkowe cierpienie. Laura zjada ponad 7 słoiczków po 250 gram dziennie – kosztowne to cholerstwo niemiłosiernie i obrzydliwe w smaku, ale na szczęście córeczka jest wszystkożernym łasuchem, więc zjada kupne obiadki z ogromnym apetytem. Nie wiem, co te obiadki ze sklepu mają w sobie, że są lepiej trawione przez dziecko niż moja domowa kuchnia – w głowę zachodzę i nie mogę znaleźć odpowiedzi. W każdym razie córka musi jeść ich naprawdę dużo, aby jej organizm miał szansę cokolwiek z nich wchłonąć, a i tak zdecydowania większość pokarmu od razu zostaje wydalona…

W najbliższym tygodniu wybieramy się do szpitala na konsultację w sprawie dalszego żywienia Laury. Jeśli nasza pani doktor uzna, że Laurka za słabo przybiera na wadze i zbyt mało wchłania przyjmowane składniki odżywcze, to wtedy będę musiała zamienić kupowane obiadki na specjalne apteczne odżywki. Do tej pory starałam się uniknąć aptecznej diety, ponieważ chciałam, aby dziecko cieszyło się smakiem normalnego zdrowego jedzenia. Ale chyba tym razem nie uniknę zmiany diety – Laura jest coraz starsza i ma coraz większe zapotrzebowanie energetyczne, a dotychczasowy sposób odżywiania przestał już być wystarczający. O odstawieniu kroplówek też raczej nie mamy co marzyć, przynajmniej przez najbliższych kilka miesięcy. Lekarze każą nam czekać, aż jelita urosną, bo podobno tylko czas może przynieść oczekiwane rezultaty.

Jak widać życie brutalnie uczy nas cierpliwości – Laura i ja musimy nauczyć się czekania na lepsze czasy oraz nauczyć się wiary, że takie czasy w ogóle nadejdą. Obie w to wierzymy i marzymy o życiu pozbawionym bólu. Marzymy także o wyjeździe w góry lub na wycieczkę z przyjaciółmi w wolny weekend, o odpoczynku i o beztroskiej zabawie, której nie trzeba będzie co godzinę przerywać bolesnym przewijaniem. I choć bywa naprawdę ciężko, to obie łapiemy dystans do złych rzeczy – Laura na przykład nauczyła się totalnie oddzielać ból od całej reszty spraw. W ciągu dnia mniej więcej przewijam dziecko co godzinę, robiąc przy tym staranną pielęgnację rany wokół odbytu. Córeczka wije się wtedy z bólu, płacze, zaciska zęby oraz wyrywa się niemiłosiernie, a żeby nad tym zapanować, często potrzebne są dwie dorosłe osoby. Ale jak tylko skończę przewijanie, Laurka natychmiast ociera oczka od łez, uśmiecha się i bije mi brawo dając do zrozumienia, że w ogóle się na mnie nie gniewa. Uważam, że umiejętność tak doskonałego oddzielania bólu od reszty życia jest przejawem niezwykłej mądrości mojej małej dziewczynki. Obserwując córeczkę, sama uczę się dystansu do jej cierpienia i to właśnie dzięki temu uniknęłam do tej pory głębokiej depresji. Czasem, kiedy mam gorszy dzień, zapominam o tym dystansie, ale zawsze wtedy bliski mi człowiek dyscyplinuje mnie słowami „Hej, Ty! Szklanko do połowy pusta!”

A ja wówczas, zawstydzona, szybko otrząsam się ze smutku, spoglądam na niego znad okularów i uśmiecham się łagodnie – bo o wiele łatwiej się żyje, kiedy ta sama szklanka jest do połowy pełna…

a

PS: Ostatni tydzień był na wariackich papierach, ponieważ w pracy miałam służbowe szkolenie i późno wracałam do domu. W całej tej bieganinie nie zdążyłam zrobić Laurze nowych zdjęć – zaglądam dziś do aparatu, aby wrzucić na bloga jej nowe fotki, no a tam zupełna pustka. Dlatego dziś zamiast zdjęć Laurki przedstawiam Wam inne fotografie, ale również warte zobaczenia! Są to najlepsze zdjęcia 2011 roku – niezwykle efektowne, ale warto je obejrzeć przede wszystkim ze względu na historię ludzi, którą one przedstawiają. Mnie najbardziej ze wszystkich zdjęć poruszyły te trzy fotografie małych dzieci…

a


Halima Hassan holds her severely malnourished son Abdulrahman Abshir, 7 months, at the Banadir hospital on Aug. 14 in Mogadishu, Somalia. The US government estimates that some 30,000 children have died in southern Somalia in the last 90 days due to famine and drought.

***

Rescuers carry a two-week-old baby girl, Azra Karaduman, from the rubble of a collapsed building in Ercis, Turkey’s eastern province of Van, Oct. 25, 2011. Crowds cheered and applauded as 73-year-old Gulzade Karaduman was carried into an ambulance, hours after her tiny granddaughter Azra and then her daughter Seniha Karaduman were pulled free from the wreckage of the family home in the eastern town of Ercis. As the death toll reached 459 and the Red Crescent warned that hundreds or even thousands of people remained buried under the debris from Sunday’s quake, the triple rescue provided vital relief amid the otherwise grim task.

***

Evansville, Indiana fire Capt., Don Spindler, carries a young girl out of a burning apartament.

***

NAJLEPSZE ZDJĘCIA 2011

PART I http://www.boston.com/bigpicture/2011/12/the_year_in_pictures_part.html

PART II http://www.boston.com/bigpicture/2011/12/the_year_in_pictures_part_ii.html

PART III http://www.boston.com/bigpicture/2011/12/the_year_in_pictures_part_iii.html

2012.01.07

Dziś grzebałam trochę w zdjęciach z zeszłego roku, z sentymentem przyglądając się zwłaszcza kolorowym fotkom z ostatnich wakacji. Oglądanie archiwalnych zdjęć oraz fakt wejścia niedawno w Nowy Rok mimowolnie skłoniły mnie do ułożenia w głowie podsumowania minionych dwunastu miesięcy. Ach, co to był za rok – pomyślałam! Szalony po prostu, pełen skrajności, dramatycznych wydarzeń i niewyobrażalnych przeżyć… To był rok, który zmienił życie moje i Laury o 180 stopni, który był naładowany taką ilością zdarzeń, że można by tym obdzielić kilka życiorysów. Swoista sinusoida można by powiedzieć – rozpoczął się wspaniale, choć niełatwo, następnie dramatycznie załamał wywracając moją egzystencję do góry nogami, a potem znów zmienił się na lepsze dając mi wiarę i nadzieję na przyszłość…

Początku 2011 roku nie zapomnę nigdy, ponieważ był to dla mnie czas wielkiej próby. Dopiero co, po pięciu miesiącach pobytu w szpitalach, wróciłam z córką do domu i właśnie zaczęłam uczyć się codziennego życia w wyjątkowo trudnych okolicznościach. Nie zapomnę nigdy tych nieprzespanych nocy, kiedy to bałam się zmrużyć oka ze strachu, że nie usłyszę alarmu pracującego nocą respiratora. Nie zapomnę pompy infuzyjnej i kabla z kroplówką, które codziennie przez większość doby wisiały nad moim dzieckiem. Nie zapomnę też strachu o to, że nie będę w stanie poradzić sobie z niepełnosprawnością Laury i że z tak chorą córką i całą jej aparaturą nasze życie nigdy nie będzie normalne…

Nie zapomnę także ciepłych kwietniowych dni, kiedy to z córeczką zamknięte byłyśmy w dusznej sali szpitala. Laura przechodziła wtedy operację jelit, po której jej stan bardzo się załamał, a ja wtedy przeżyłam niewyobrażalny strach o życie dziecka – strach, którego doświadczałam już któryś raz z rzędu…

Potem przyszła słoneczna wiosna, po niej z kolei nadeszło lato, ale w moim sercu pogody w tym czasie nie było wcale… W moim sercu było wtedy bardzo zimno i wietrznie, ponieważ zawiódł mnie człowiek, którego kochałam i który miał być dla mnie podporą. Zawiódł tak bardzo, że doszczętnie zniszczył wszystko, co nas łączyło, w krótkim czasie obrócił w niwecz kilka lat wspólnego życia. Nagle, z wielkim hukiem rozpadło się moje małżeństwo, a Laura i ja, po drastycznych, niebezpiecznych wręcz wydarzeniach zostałyśmy zupełnie same. Zdane tylko na siebie pod względem funkcjonalnym, emocjonalnym i finansowym. Ten środek roku był dla mnie jak piekło na ziemi i nawet nie potrafię dobrać słów, aby opisać, jak strasznie się wtedy czułam. Gdy zawodzi najbliższa osoba i to w najgorszy możliwy sposób, to jest tak, jakby ktoś wbił nóż prosto w serce – pozostanie blizna, która nigdy już się nie zagoi…

Nie zapomnę też przełomowego sierpnia, kiedy to córeczka przeszła czwartą w swoim życiu i ostatnią operację jelit. Wreszcie pozbyła się znienawidzonego worka stomijnego, w końcu mogła zacząć jeść i wydalać jak każdy inny człowiek. Uczucie szczęścia, jakie wypełniło mnie w owym czasie, będę wspominać do końca swoich dni…

Nie zapomnę też nigdy słowa „mama” z trudem wypowiedzianego przez Laurkę – pierwszy raz po wielu miesiącach zaciętej walki o naukę mowy. Po policzkach spływały mi łzy radości, ponieważ mimo choroby, mimo tracheotomii i skazaniu przez lekarzy Laury na bycie niemą, ona mimo wszystko powiedziała upragnione, wyśnione i wymarzone słowo „mama”…

Pod koniec roku podjęłam ważną decyzję o powrocie do pracy zawodowej, chociaż pogodzenie jej z opieką nad chorym dzieckiem wydawało się początkowo nierealne. Dużo emocji kosztowało mnie zdecydowanie się na przekazanie córki pod opiekę niani  – nie byłam pewna, czy ktokolwiek obcy będzie w stanie poradzić sobie z jej specyficzną niepełnosprawnością i obsługą medycznej aparatury. Trudna, kilkakrotnie przemyślana i jak się później okazało dobra decyzja. Mój powrót do pracy to tak naprawdę powrót do normalności, do świata pełnego ludzi i ich zwyczajnych problemów.

Niemal cały rok 2011 był dla mnie prawdziwym hardcorem, wybuchową mieszanką rzeczy dobrych i złych, zdarzeń, które raz na zawsze odmieniły moje życie. W tym roku coś się skończyło, ale tylko po to, aby coś innego mogło zacząć się od nowa. Zawsze wiedziałam, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny i że zmiany z pozoru na gorsze w ogólnym rozrachunku i tak zawsze wychodzą na lepsze. Dlatego dziś, oglądając się za siebie, nie żałuję absolutnie niczego i całkowicie świadoma tych słów mówię sobie, że jestem szczęśliwa…

Moja córeczka nie jest warzywem, którym miała być według wszelkich prognoz, tylko wspaniale rozwijającą się radosną małą dziewczynką. A ja nie jestem zalaną łzami i bezradną samotną matką, którą miałam być, tylko spełnioną kobietą z pięknymi planami na przyszłość. Dziś obie jesteśmy szczęśliwe, ponieważ znów jesteśmy bardzo kochane. A skoro w naszym życiu jest miłość, to jest też w nim większy sens, więc nie musimy już więcej oglądać się za siebie.

Od jakiegoś czasu Laura i ja nie jesteśmy już same, ponieważ w naszym życiu pojawił się mężczyzna, który otoczył nas opieką. Znów kocham i jestem kochana i całą sobą czuję, że człowiek, który jest przy mnie, nigdy mnie nie zawiedzie. I nie przeszkadza mu nasza trudna codzienność, nie przeraża go skomplikowana niepełnosprawność Laury ani niewygody związane z opieką nad chorym dzieckiem. Nie przeszkadza mu to, że ogromna część dnia musi być poświęcona córeczce, a każdy nasz wieczór kończy się wykonywaniem licznych czynności medycznych. Nie przeszkadza mu też, że jestem wiecznie zabiegana i mam dla niego zbyt mało czasu, że niekiedy miewam humory i że mój perfekcjonizm zabrania mu typowego dla facetów robienia bałaganu. Ale ja, najbardziej ze wszystkiego doceniam w nim to, że traktuje on Laurę jak własną córkę, dając obu nam ogrom miłości i poczucia bezpieczeństwa. Nie znam nikogo, kto mógłby być dla Laury lepszym ojcem…

W Nowy Rok wkraczam kochając oraz będąc kochana… I poza zdrowiem Laury, naprawdę niczego więcej już nie chcę od życia… W Nowy Rok wchodzę jako spełniona kobieta, szczęśliwa matka i samorealizująca się zawodowo osoba – warto było przejść tą wyboistą drogę, aby czuć to, co teraz… I choć sen mnie morzy, bo druga w nocy już dawno minęła, to nie idę spać – patrzę na nierozebraną wciąż choinkę i uśmiecham się sama do siebie…

ODGRZEBANA FOTKA Z WAKACJI

AKTUALNE ZDJĘCIE (WIĘCEJ FOTEK W ZAKŁADCE „ZDJĘCIA LAURY”)

2012.01.04

Kochani!

XX finał WOŚP już tuż tuż! Z całego serca zapraszam Was wszystkich do udziału w tym wyjątkowym przedsięwzięciu! Już wcześniej pisałam o tym, jak w polskich szpitalach na własne oczy widziałam ogromną ilość sprzętu sponsorowanego przez WOŚP. Dzięki tej aparaturze z pewnością nie jedno ludzkie życie zostało uratowane! Dlatego proszę, aby ta szczytna idea połączyła nas wszystkich. Finał już 8 stycznia!

***

Mam jeszcze jedną informację techniczną. Kolejny raz strona www.kochamylaure.pl przenosi się na nową większą planetę :) , ponieważ na obecnej już się nie mieści. Od dwóch dni do jutra trwa przenoszenie strony na zagraniczny serwer, dlatego w tym czasie mogą wystąpić małe problemy techniczne – część z Was może mieć trudności z przeczytaniem nowych wpisów lub z zamieszczaniem komentarzy. Do jutra usterki powinny zniknąć i wszystko raczej będzie działać bez zarzutów. Gdybyście jednak nadal mieli kłopoty z zamieszczaniem komentarzy, to proszę o info poprzez zakładkę „KONTAKT” – stroną opiekuje się mega zdolny informatyk, który z pewnością poradzi sobie z każdym problemem technicznym.

Pozdrawiam wszystkich! Emilia, mama Laury

 

 

2012.01.01

Wspomnienie Ani (Andzi) Gimlewicz…

Andzia i nieborak.blog