Są w życiu takie dni, kiedy nic nam nie wychodzi i choćby nie wiem jak się człowiek starał, to i tak wszystko pójdzie dokładnie odwrotnie, niż powinno. Oczywiście, takie paskudne przypadki zdarzają się tylko od czasu do czasu, ale to w zupełności wystarczy, abyśmy czuli się wtedy jak kwaśne jabłko lub jak zużyta guma do żucia. A ja właśnie tak się czułam 10 stycznia, czyli w dniu mojej planowanej rozprawy rozwodowej, kiedy to polski wymiar sprawiedliwości po raz kolejny zadbał o me podłe samopoczucie…
Wniosek o rozwód złożyłam na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku, a na pierwszą rozprawę czekałam długie cztery miesiące. Kiedy wreszcie się doczekałam, to rozprawę rozwodową odwołano, ponieważ sąd zapomniał wysłać zawiadomienia do mojego prawie byłego męża… Wściekłam się wtedy straszliwie, ale pomyślałam, że w końcu i tak sprawy przybiorą pomyślny bieg, więc wszystko obróci się na moją korzyść. Kolejną rozprawę sąd wyznaczył za następne dwa miesiące, a dokładnie na dzień 10 stycznia. Wezwano na nią aż ośmiu świadków, którzy wzięli w swoich zakładach pracy urlopy, aby móc stawić się na wezwanie wysokiego sądu. Wiadomo, że łatwe to dla nich nie było, gdyż każda z osób miała swoje prywatne plany, pracę, rodzinę i wiele innych spraw na głowie. Ale dla dobra Laury niemal wszyscy postanowili stawić się w sądzie w wyznaczonym terminie, a ja byłam pełna nadziei, że dzięki takiemu zdyscyplinowaniu świadków tym razem rozprawa przebiegnie nadzwyczaj sprawnie. Czekaliśmy wszyscy z utęsknieniem, ale i tym razem dostaliśmy pstryczka w nos i na tym cała zabawa się skończyła…
Otóż dzień przed terminem ja i świadkowie zostaliśmy poinformowani, że rozprawa z 10 stycznia również została odwołana – tym razem z powodu choroby pani sędzi… Kolejnego terminu nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie – jak pani sędzia wyzdrowieje, to go wyznaczy, spodziewam się, że za kolejne długie miesiące…
Jestem zdruzgotana tak powolnym działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, a najgorsze jest to, że nie mam na to najmniejszego wpływu i nic nie mogę w tej sprawie zrobić. Bezsilność, jaka mi towarzyszy, jest naprawdę irytującym uczuciem! Od sześciu miesięcy próbuję się rozwieźć i jak do tej pory, mimo wysiłków, nawet jeszcze nie zaczęłam. Nie mogę uwolnić się od człowieka, z którym nie chcę już być, nie mogę dostać decyzji alimentacyjnej, aby zabezpieczyć swoje dziecko oraz nie mogę zmienić nazwiska. Właściwie jedyne, co mogę, to grzecznie czekać na kolejny termin rozprawy i modlić się o jak najlepsze zdrowie dla pani sędzi. Boże drogi, jak wiele absurdów spotyka na co dzień przeciętnego obywatela, jak dużo jeszcze jest w tej naszej Polsce do zrobienia…
Pomimo przeciwności losu, staram się uśmiechać do siebie i do ludzi każdego dnia oraz uczyć się nabierania dystansu do wszelkich niepowodzeń. Zazwyczaj mi się to udaje, ale niekiedy zdarzają się gorsze chwile, a wtedy mam łzy w oczach, smętną minę i zero energii. Tak się dzieje, kiedy patrząc na córeczkę uświadamiam sobie ogrom jej cierpienia. Mimo, że Laura i ja żyjemy pełnią życia, to czasami nie potrafimy uciec od tych złych rzeczy, które nas dotykają. Niestety, chociaż od operacji jelit minęły już ponad cztery miesiące, to Laurka wciąż niesamowicie cierpi każdego dnia. A ja patrzę na to i czasami opadam z sił, zalewając się po kryjomu łzami – cichutko, gdzieś w kącie, tak, aby nikt nie zauważył…
Przewód pokarmowy Laury nie funkcjonuje jeszcze zbyt dobrze i zapewne musi minąć bardzo wiele czasu, zanim się on całkowicie zregeneruje. Podczas ostatniej operacji córeczka w całości straciła jelito grube i teraz pokarm, który zjada, nie ma gdzie się zatrzymać. Całe jedzenie po prostu przelatuje przez nią w błyskawicznym tempie i nie pomaga na to absolutnie nic – ani odpowiednia dieta, ani lekarstwa spowalniające metabolizm. Ciągle leci z niej kwaśna kupka, około 10 razy dziennie, która bardzo mocno odparza i tak już zdewastowaną okolicę odbytu. Czasami wychodzą z niej kompletnie nieprzetrawione kawałki jedzenia, ponieważ krótki przewód pokarmowy Laury nie nadąża go trawić. Zazwyczaj jedzenie jest tylko w połowie strawione, więc organizm Laurki nie ma szans na wchłonięcie odpowiedniej ilości składników odżywczych. Dlatego wciąż jest ona uzależniona od dożywiania kroplówkami i niestety wygląda na to, że potrwa to o wiele dłużej, niż zakładałam…
Brak kiszki powoduje, że pokarm nie jest magazynowany przed wydaleniem, tylko od razu wylatuje na zewnątrz. Córeczka cierpi prawdziwe katusze za każdym razem, kiedy tylko kwaśny stolec wydobywa się poza jej ciało. Wije się wtedy z bólu, zaciska kurczowo nóżki i płacze, a ja zupełnie nie wiem, jak mam jej pomóc… Próbowałam już dosłownie wszystkiego, co mogłoby na dłużej zatrzymać jedzenie w jej przewodzie pokarmowym oraz wyleczyć głęboką ranę na odbycie, ale bez rezultatu. Są czasem takie dni, że muszę bardzo mocno walczyć ze sobą, aby się nie załamać. Ukrywam swoje emocje przed domownikami i przyjaciółmi, ale w środku krzyczę z rozpaczy i bezsilności. Chciałabym, aby ten koszmar wreszcie się skończył i aby córeczka mogła zapomnieć o bólu. Abyśmy wszyscy mogli o nim zapomnieć…
Próbowałam sama gotować Laurze posiłki według odpowiednich wskazań lekarza, ale przewód pokarmowy córki nie najlepiej je tolerował, mimo, że składniki były naprawdę perfekcyjnie dobrane pod kątem jej choroby. O ironio, najlepiej Laura trawi gotowe obiadki dla dzieci, takie w słoiczkach, kupowane w zwykłym supermarkecie! W ramach oszczędności starałam się gotować Laurze takie same posiłki, jak te w słoiczkach, a jako przepis stosowałam etykietę z takiego kupionego w sklepie obiadku. Niestety, mimo iż wrzucałam do garnka identyczne składniki, jak te wyszczególnione na etykiecie, to i tak moja córka miała po tym moim gotowaniu luźniejsze stolce i gorsze samopoczucie. Zostałam więc niejako zmuszona do kupowania gotowych obiadków dla dzieci i zakończyłam kulinarne eksperymenty w kuchni, aby więcej nie narażać córeczki na dodatkowe cierpienie. Laura zjada ponad 7 słoiczków po 250 gram dziennie – kosztowne to cholerstwo niemiłosiernie i obrzydliwe w smaku, ale na szczęście córeczka jest wszystkożernym łasuchem, więc zjada kupne obiadki z ogromnym apetytem. Nie wiem, co te obiadki ze sklepu mają w sobie, że są lepiej trawione przez dziecko niż moja domowa kuchnia – w głowę zachodzę i nie mogę znaleźć odpowiedzi. W każdym razie córka musi jeść ich naprawdę dużo, aby jej organizm miał szansę cokolwiek z nich wchłonąć, a i tak zdecydowania większość pokarmu od razu zostaje wydalona…
W najbliższym tygodniu wybieramy się do szpitala na konsultację w sprawie dalszego żywienia Laury. Jeśli nasza pani doktor uzna, że Laurka za słabo przybiera na wadze i zbyt mało wchłania przyjmowane składniki odżywcze, to wtedy będę musiała zamienić kupowane obiadki na specjalne apteczne odżywki. Do tej pory starałam się uniknąć aptecznej diety, ponieważ chciałam, aby dziecko cieszyło się smakiem normalnego zdrowego jedzenia. Ale chyba tym razem nie uniknę zmiany diety – Laura jest coraz starsza i ma coraz większe zapotrzebowanie energetyczne, a dotychczasowy sposób odżywiania przestał już być wystarczający. O odstawieniu kroplówek też raczej nie mamy co marzyć, przynajmniej przez najbliższych kilka miesięcy. Lekarze każą nam czekać, aż jelita urosną, bo podobno tylko czas może przynieść oczekiwane rezultaty.
Jak widać życie brutalnie uczy nas cierpliwości – Laura i ja musimy nauczyć się czekania na lepsze czasy oraz nauczyć się wiary, że takie czasy w ogóle nadejdą. Obie w to wierzymy i marzymy o życiu pozbawionym bólu. Marzymy także o wyjeździe w góry lub na wycieczkę z przyjaciółmi w wolny weekend, o odpoczynku i o beztroskiej zabawie, której nie trzeba będzie co godzinę przerywać bolesnym przewijaniem. I choć bywa naprawdę ciężko, to obie łapiemy dystans do złych rzeczy – Laura na przykład nauczyła się totalnie oddzielać ból od całej reszty spraw. W ciągu dnia mniej więcej przewijam dziecko co godzinę, robiąc przy tym staranną pielęgnację rany wokół odbytu. Córeczka wije się wtedy z bólu, płacze, zaciska zęby oraz wyrywa się niemiłosiernie, a żeby nad tym zapanować, często potrzebne są dwie dorosłe osoby. Ale jak tylko skończę przewijanie, Laurka natychmiast ociera oczka od łez, uśmiecha się i bije mi brawo dając do zrozumienia, że w ogóle się na mnie nie gniewa. Uważam, że umiejętność tak doskonałego oddzielania bólu od reszty życia jest przejawem niezwykłej mądrości mojej małej dziewczynki. Obserwując córeczkę, sama uczę się dystansu do jej cierpienia i to właśnie dzięki temu uniknęłam do tej pory głębokiej depresji. Czasem, kiedy mam gorszy dzień, zapominam o tym dystansie, ale zawsze wtedy bliski mi człowiek dyscyplinuje mnie słowami „Hej, Ty! Szklanko do połowy pusta!”
A ja wówczas, zawstydzona, szybko otrząsam się ze smutku, spoglądam na niego znad okularów i uśmiecham się łagodnie – bo o wiele łatwiej się żyje, kiedy ta sama szklanka jest do połowy pełna…

a
PS: Ostatni tydzień był na wariackich papierach, ponieważ w pracy miałam służbowe szkolenie i późno wracałam do domu. W całej tej bieganinie nie zdążyłam zrobić Laurze nowych zdjęć – zaglądam dziś do aparatu, aby wrzucić na bloga jej nowe fotki, no a tam zupełna pustka. Dlatego dziś zamiast zdjęć Laurki przedstawiam Wam inne fotografie, ale również warte zobaczenia! Są to najlepsze zdjęcia 2011 roku – niezwykle efektowne, ale warto je obejrzeć przede wszystkim ze względu na historię ludzi, którą one przedstawiają. Mnie najbardziej ze wszystkich zdjęć poruszyły te trzy fotografie małych dzieci…
a

Halima Hassan holds her severely malnourished son Abdulrahman Abshir, 7 months, at the Banadir hospital on Aug. 14 in Mogadishu, Somalia. The US government estimates that some 30,000 children have died in southern Somalia in the last 90 days due to famine and drought.
***

Rescuers carry a two-week-old baby girl, Azra Karaduman, from the rubble of a collapsed building in Ercis, Turkey’s eastern province of Van, Oct. 25, 2011. Crowds cheered and applauded as 73-year-old Gulzade Karaduman was carried into an ambulance, hours after her tiny granddaughter Azra and then her daughter Seniha Karaduman were pulled free from the wreckage of the family home in the eastern town of Ercis. As the death toll reached 459 and the Red Crescent warned that hundreds or even thousands of people remained buried under the debris from Sunday’s quake, the triple rescue provided vital relief amid the otherwise grim task.
***

Evansville, Indiana fire Capt., Don Spindler, carries a young girl out of a burning apartament.
***
NAJLEPSZE ZDJĘCIA 2011